Aktualności

Codziennie uczyłam się MONARU – rozmowa z Jolantą Łazuga-Koczurowską

Zachęcam do przeczytania zapisu bardzo osobistej rozmowy, jaką przeprowadziłam z Jolą Łazuga–Koczurowską, od 2002 roku pełniącą funkcję  przewodniczącej Zarządu Głównego Stowarzyszenia MONAR.

Rozmawiała Ewa Rosowska

 

 

Jola 1

Przewodzisz MONAROWI już 15 lat. Jak do niego trafiłaś?

W 1980 roku spotkałam Marka Kotańskiego. Nie było to ani zaplanowane ani osobiste   spotkanie. Nie znałam słowa MONAR. Dowiedziałam się, że do Gdańska przyjeżdża facet, który zajmuje się narkomanami, a ponieważ miałam już wtedy za sobą prawie 7 lat pracy z osobami uzależnionymi i nie znałam nikogo, kto zajmowałby się tymi ludźmi, stwierdziłam, że może spotkam wreszcie jakąś bratnią duszę. Czułam, że już niedługo sama nie dam rady. Przybywało mi pacjentów, jedynym miejscem gdzie mogłam dla nich szukać pomocy był detoks, który tylko na chwilę załatwiał ich problemy. Mówiono wtedy, że jest dla uzależnionych jakiś dom, który założył właśnie Marek Kotański. Spotkanie odbywało się w Klubie Przyjaźni Polsko–Radzieckiej ( takie to były czasy…) w Gdańsku. Poszłam na spotkanie.

To na tym spotkaniu dowiedziałaś się, że jest MONAR?

Wydaje mi się, że tak, ale przyznam szczerze, że nie pamiętam tego momentu. Przyszło mnóstwo ludzi. Sala nie mogła pomieścić wszystkich zainteresowanych. Było to bardzo burzliwe spotkanie – ścierały się, dyskutowały i przekonywały nawzajem dwie grupy ludzi – jedną stanowili zwolennicy M.K., którzy – najkrócej mówiąc przekonywali, że aby wyjść z narkomanii trzeba najpierw sięgnąć dna. Jak narkoman nie dotknie dna to się od niego nie odbije i nie wyleczy, że każdy narkoman to kompletne zero, wypalone drzewo, że nie ma żadnych kompromisów w leczeniu… itp. I była grupa związana ze mną, w której – co ciekawe myśleliśmy odwrotnie – że każdy człowiek ma szansę, że nie musi sięgać dna, że może się spróbować pozbierać.

Co masz na myśli mówiąc „grupa związana ze mną” ?

Nie była to jakaś formalna grupa. To byli moi pacjenci z Poradni w Sopocie, w której pracowałam – rodzice osób, które ćpały, moi studenci z Uniwersytetu, znajomi, którzy wiedzieli, że w ich mniemaniu „czymś dziwnym się ostatnio zajmuję”… Widzę, że się dziwisz. Musisz wiedzieć, że od lipca 1972 pracowałam w Poradni Zdrowia Psychicznego w Sopocie i tam, pierwszego dnia mojej pracy jako psycholog poznałam 14-letnią dziewczynkę, która przyszła prosić o pomoc z powodu, jak wtedy powiedziała, „ćpania morfiny dożylnie”. To spotkanie zmieniło moje zawodowe życie, choć wtedy nie miałam takiej świadomości… Wyobraź sobie, że jeszcze w tym samym roku przyszło do mnie 56 osób z podobnym problemem. Znajomi „mojej” pierwszej pacjentki.

Chcesz powiedzieć, że już wtedy istniał poważny problem narkomanii w naszym kraju ?

Prawdopodobnie istniał, ale przyznam, że wtedy nie miałam o tym zielonego pojęcia. Nie wiedziałam, że ludzie biorą jakieś narkotyki, że mają z tego powodu problemy. Wszystko, co słyszałam od moich klientów, było dla mnie totalnie nowe. Przerażało i zaciekawiało, czyniło bezradną i prowokowało do poszukiwań. To był ciężki czas w moim zawodowym życiu. Nikt na studiach nie uczył mnie o uzależnieniach, miałam 24 lata, pierwsza praca, w Sopocie nikogo nie znałam, byłam nowa… Pomagałam jak umiałam. Wszystkiego, co wiem o narkomanii nauczyłam się od „moich” narkomanów.

Jak wtedy z nimi pracowałaś ?

Nawet nie wiem czy pracowałam. Spędzałam z nimi dużo czasu. Głównie słuchałam. Bardzo chciałam zrozumieć, co takiego jest w tym ćpaniu, w tych narkotykach, że tak ich to wciąga. Właściwie nie zajmowałam się ich nałogiem. Pomagałam załatwiać codzienne sprawy – w szkole, z policją, a mój pokój w poradni był bezpiecznym miejscem, gdzie można było pogadać. Wzrusza mnie do dziś gdy pomyślę, że dzięki tym uzależnionym ludziom nigdy nie próbowałam narkotyków…

A miałaś ochotę spróbować ?

Wiele razy. Wydawało mi się, że aby zrozumieć, co oni robią, muszę sama mieć takie doświadczenie. Namawiałam ich, aby dali spróbować i wyobraź sobie, że wtedy usłyszałam coś, co paradoksalnie nas jakoś ze sobą związało – na dobre i złe. I jak teraz na to patrzę – na lata, na całe moje zawodowe życie… Usłyszałam wyraźną odmowę i zdanie, które dźwięczy mi w uszach do dzisiaj: „ Ktoś z nas musi być trzeźwy jeżeli mamy mieć jakąś szansę”. Najbardziej poruszyło mnie „ktoś z nas” i „ mieć szansę”. Poczułam się strasznie odpowiedzialna, jakaś wyróżniona, jakaś taka „ich”… Teraz z perspektywy czasu myślę, że to był jakiś zwrot w kontaktach między nami. Zaczęłam odważnie rozmawiać o tym czego chcą, czego się boją, za co kochają narkotyki…. Ja poznawałam ich a oni mnie. Zaczęłam rozumieć, że przychodzą, bo nie mają gdzie się podziać, że żyją na marginesie, że nie wiedzą jak sobie poradzić z problemami i trudnościami. Spotykaliśmy się indywidualnie i grupowo. Rozmawialiśmy o wszystkim, ale coraz częściej o tym, że boją się przyszłości, że nie dają rady, że nie mają już siły i zdrowia… Umawialiśmy się na określone warunki, zadania. Wyobraź sobie, że przybywało mi pacjentów w tempie kosmicznym i tylko dzięki zrozumieniu i życzliwości ówczesnego dyrektora Przychodni w Sopocie mogliśmy się spotykać w poradni do późnych godzin wieczornych. Zresztą czas leciał i w 1976 roku w Gdańsku wprowadzono na rynek „kompot”, czyli polską heroinę. Zaczął się czas fascynacji „polską heroiną” no i czas dramatów i niepotrzebnych śmierci… Z ludźmi, którzy brali narkotyki, jakoś emocjonalnie się związałam. Oni zmienili moje plany życiowe i zmusili do zajmowania się nimi. Przychodzili do mnie kiedy jeszcze nie było MONARU. Stwierdziłam wtedy, że jestem w stanie z diabłem współpracować, żeby tylko coś w tej Polsce w trudnych bardzo czasach robić dla ludzi uzależnionych. Czułam, że jestem coś im winna, zdali się na mnie i bardzo wierzyli, że sobie pomożemy. Nie chciałam ich zawieść, a poza tym to zaczęło mnie pasjonować. Chciałam zrozumieć, dlaczego ludzie raptem kłują się w ręce, robią sobie krzywdę, przedwcześnie umierają, dlaczego narkotyki ich tak kręcą. Do tej pory boję się narkotyków, mimo że nigdy nie brałam. Nie jestem w stanie myśleć, że można ryzykować używanie takich substancji. Pewnie dlatego, że za dużo widziałam, byłam świadkiem jak odchodzą…

Miałaś więc sporo doświadczeń gdy spotkałaś Marka Kotańskiego. I co? Tak po prostu przyłączyłaś się do MONARU ?

Nie przyłączyłam się tak od razu do MONARU, ale pamiętam co wtedy powiedział Marek – „jak wszyscy tu jesteśmy i chcemy ratować narkomanów to żebyśmy się zjednoczyli”… Podeszłam do niego po spotkaniu i powiedziałam, że jak będzie potrzeba to ja chętnie się przyłączę, mimo że mam inne zdanie na temat pomocy narkomanom. A on na to „ok”, tak jakby troszkę mnie zbywając, po czym pojechał. Po jakimś czasie dostałam od niego kartkę, którą zachowałam do tej pory. Proponował mi, abym zrobiła w Gdańsku np. punkt konsultacyjny, bo narkomani nie mają gdzie się podziać. To właśnie wtedy dotarło do mnie, że ci wszyscy zdeterminowani zapaleńcy, aby pomagać narkomanom to MONAR. Jak już ci wspomniałam czułam się samotna i często bezradna, więc postanowiłam że dołączę do MONARU. I tak zaczęłam organizować Punkt Konsultacyjny w Gdańsku, w opuszczonym baraku w centrum miasta.

Sama?

Nie. Miałam kilku moich studentów a przede wszystkim moich pacjentów, którzy choć początkowo niezbyt ufnie odnosili się do „punktu” to jednak w końcu cieszyli się, że opuszczamy Przychodnię i będziemy u siebie…

I co było dalej?

Powstał zupełnie nieformalnie Punkt Konsultacyjny MONAR w Gdańsku. Nieformalnie nikt nas nie rejestrował, nikt nie określał warunków i nikt nie dawał na tą naszą działalność pieniędzy. Jakoś działaliśmy. W 1981 roku zarejestrowany został Młodzieżowy Ruch Na Rzecz Przeciwdziałania Narkomanii MONAR i staliśmy się „Punktem na legalu”, ale niestety nadal bez kasy, bez wsparcia – nie tylko władz, ale też miejscowej społeczności. Nikt za nami nie przepadał. Wprost przeciwnie. A my trwaliśmy – ludzi uzależnionych przybywało, można było u nas się ogrzać, posiedzieć, pogadać. Może dlatego nikt nas z tego baraku nie wyrzucał, ponieważ mieścił się on na placyku między bazą ZOMO, więzieniem i izbą wytrzeźwień. Chociaż warunki były kiepskie, czułam, że to co robimy  ma sens. Pracowałam wtedy na uczelni, w sopockiej poradni i w punkcie chociaż nie traktowałam tego miejsca jako pracy. Nie wyobrażasz sobie ile ludzi przychodziło do Punktu . Czynny był praktycznie całą dobę. Moi pacjenci z sopockiej poradni głównie tam dyżurowali. Wielu z nich potem ze mną nadal pracowało.

Kiedy zdecydowałaś, że będzie też w Gdańsku ośrodek ?

W 1982 roku. W zimie. Siedzieliśmy w Punkcie z kilkoma moimi pacjentami. Łapię się na tym, że nie lubię nazywać ich pacjentami może dlatego, że wtedy tak ich nie nazywałam. W ogóle ich nie nazywałam. Byli narkomanami, ćpunami, którzy chcieli jakiejś pomocy. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy o tym ile czasu w życiu zmarnowali, jak trudno się teraz pozbierać, czego żałują, czego się boją, i takie tam… I jeden z nich nagle powiedział:  „gdyby ktoś mi wtedy, jak zaczynałem ćpać, gdy miałem te „ zas..ne” 15 lat, powiedział to co teraz już wiem, pewnie nie wpadłbym w to bagno, z którego teraz nie mogę się wygrzebać…” A ktoś inny dodał , zwracając się do mnie: „Jolka a może ty zrób ośrodek dla dzieciaków to nie będą z nich takie „pier….ne” ćpuny jak my”. Inni go poparli, deklarowali swoją pomoc, zapewniali, że z nimi nie zginę, że warto… Nie zdecydowałam się od razu, ale zaczęłam o tym poważnie myśleć – czy rzeczywiście to ma sens, jak to zrobić, gdzie, itd. Wtedy, we wczesnych latach 80–tych uważano, że młodzi ludzie nie chcą się leczyć, że są „niedoćpani”, że nie mają jeszcze takiego poczucia zagrożenia, wiec nie przyjdą do żadnego ośrodka. Z perspektywy czasu myślę, że takim bezpośrednim argumentem w tych moich rozważaniach – czy mam się za to zabrać, czy nie – była ta 14-letnia dziewczynka uzależniona od morfiny, którą spotkałam pierwszego dnia mojej pracy w Poradni w Sopocie. Pamiętam, że nie miałam pojęcia o czym ona mówi, co znaczą jej sine, pokłute ręce. Wtedy się na tym w ogóle nie znałam, nie rozumiałam, po co ona w ogóle do mnie przyszła. Zaprzyjaźniłyśmy się i przez nią poznałam to całe środowisko. W 1974 roku na łamach Tygodnika Morskiego pod zmienionym nazwiskiem dziennikarz napisał ogromny artykuł w oparciu o moją pracę w poradni, pt. „Odurzeni”. To była sensacja, żeby o takich sprawach pisać. Przeczytałam jeszcze raz ten artykuł, stwierdziłam, że trzeba coś zrobić, że kiedyś już o tym myślałam i zaczęłam układać w głowie plany. A wierz mi miałam co układać. Wiele było do zmiany. Musiałam się zastanowić, czy zostawić uczelnię, pracę naukową, czy stać mnie i moją rodzinę na skromniejszy budżet. Moja córka miała wtedy 4 latka. Nic nie było proste. Byłam dosyć ustabilizowaną osobą, miałam poukładane życie.

I zaryzykowałaś.

Tak, zaryzykowałam. Czułam, że muszę, że to jakieś moje życiowe zadanie, jakaś moja wobec tych ludzi powinność. Przy pomocy byłych pacjentów, którzy już zaczęli stawać na nogi, w baraku, który dostałam od miasta w którym nie było niczego – ani prądu ani wody, dosłownie niczego, a w dodatku był tam nasz Punkt Konsultacyjny i codziennie pełno narkomanów…Nie było jednak widoków na żadne inne miejsce…
Cały prawie 1982 rok organizowałam co się dało, aby w jednej części barku zrobić miejsce na ośrodek. Marnie szło, nic nie było. Trzeba było dosłownie ”wychodzić” każdą najpotrzebniejszą rzecz. Sama nie mogę dzisiaj zrozumieć jak dałam radę i mimo pamięci o wysiłku tamten czas wspominam z sentymentem, wręcz jako przygodę… Zresztą zaczęły się wtedy dla MONARU trochę lepsze czasy….

W jakim sensie ?

Dostaliśmy „zielone światło”, aby tworzyć ośrodki. Osób uzależnionych, potrzebujących pomocy przybywało i trzeba było coś zrobić. Nikt się problemem narkomanii nie zajmował . Wypadło na nas gdyż problem nagłośniliśmy i nie mieliśmy konkurencji. Bardzo szybko powstawały domy Monaru. W ’78 powstał Głosków, potem Zaczerlany, potem Zbicko. A w 1983 roku, w styczniu już oficjalnie otworzyłam ośrodek dla dzieci. Nazywał się wówczas „Dom Ciepła”. 17 stycznia przyjechał pierwszy pacjent, szesnastolatek z Nowej Soli, drugiego końca Polski. Warunki były drakońskie. Było zimno. Bez ogrzewania, ani ciepłej wody, bez praktycznie żadnych mebli. Na maszynce elektrycznej gotowało się ileś czasu wodę rano, żeby była na herbatę, a potem wieczorem, żeby była na rano.

Jak Marek Kotański zareagował na tę Twoją inicjatywę?

Życzliwie, ale bez szczególnego entuzjazmu. Miał inne zdanie. Uważał, że młodzi ludzie, którzy biorą narkotyki nie dostali jeszcze od życia „ w kość” i dlatego nie mają żadnej motywacji do leczenia. Bardzo ceniłam w nim to, że choć inaczej myślał niż ja, dawał szansę, nie przeszkadzał. Kiedy przyjeżdżał na Wybrzeże, a było to dość rzadko, bardzo poważnie mnie traktował. Nie byłam z nim nigdy w jakiejś wielkiej przyjaźni, nie mogę też powiedzieć, że był dla mnie guru. Byliśmy rówieśnikami, on tylko trochę starszy ode mnie, a ja zawodowo ukształtowana. Nie bardzo chciałam, żeby się mieszał w to, co robię. Pamiętam jak szczerze i odważnie mu powiedziałam, że gdański ośrodek będzie mojego pomysłu. Trochę się pobuntował, trochę mi podokuczał, ale się zgodził. Nigdy się nie wtrącał, za co jestem mu ogromnie wdzięczna. Nasze kontakty były rzadkie i nie pozbawione zgrzytów, o których dzisiaj myślę z dużym sentymentem. Czasem złościło go, że mam swoje koncepcje, chciał większej lojalności, zarzucał, że to, co robię jest w MONARZE precedensem, np. zaproponowałam, aby jeden z pacjentów, który zrezygnował z terapii w ośrodku przychodził na terapię do naszego Punktu. Dziś jest to normą, ale wtedy dopiero po 6 miesiącach taka osoba mogła ubiegać się o ponowne leczenie w jakiejkolwiek placówce MONARU. Dla Marka było to łamaniem przyjętych reguł. Jednak nigdy się na mnie nie obraził i zawsze darzył szacunkiem i życzliwością. Nawet nie pamiętam jak to się działo, że zawsze byłam członkiem Zarządu a nawet wice przewodniczącą ds. merytorycznych. Nie piastowałam tej funkcji zbyt długo. Zrezygnowałam. Nie układało nam się nam współzarządzanie organizacją. Miałam inne niż On pomysły, na wiele spraw nie chciałam się zgodzić. Inaczej wyobrażałam sobie mój merytoryczny wkład w funkcjonowanie Stowarzyszenia. Nie pasowała mi rola osoby podpisującej jakieś decyzje, a nie mającej na nic wpływu. Nie umiałam tak. To nie byłam ja.

Myślałaś o tym, aby odejść z MONARU ?

Nie, chociaż przeżywałam wtedy wiele rozterek. Z jednej strony MONAR bardzo mi się podobał, z drugiej często złościło mnie to, co się dzieje. Wydawało mi się, że z wieloma rzeczami przesadzamy. Nie ze wszystkim się identyfikowałam, ale też nieszczególnie protestowałam. Uznałam, że jest lider, który to jakoś ogarnia. Pozostałam jednak nadal członkiem Zarządu i byłam nim przez całe lata, aż do wyborów po śmierci Marka. Moja rezygnacja nie zmieniła nic między nami i to było fajne. Skupiłam się bardziej na pracy z dzieciakami, w Ośrodku.

Wygląda na to, że nie łatwo było współpracować z Markiem Kotańskim?

Marek to była silna osobowość, zresztą ja też do najsłabszych nie należę. Nie powiedziałabym, że trudno się współpracowało. Było żywo, kolorowo i czasami nieprzewidywalnie. Chociaż często prawił mi złośliwości, wyzywał od psychologów (chociaż sam był psychologiem) miałam wrażenie, że mnie rozumie i szanuje. Taki był. A MONAR wciągał. Zachowując swoją niezależność dawałam się namawiać na różne rzeczy. Organizowałam marsz przeciwko uprawom maku, dałam się namówić na Łańcuch Czystych Serc, akcję w całej Polsce. Stałam na molo w Sopocie, zaczynałam ten Łańcuch, który miał się kończyć w Zakopanem. Ustawiłam tu w Trójmieście prawie 35 tysięcy ludzi. Moje dziecko, wówczas siedmioletnie, które stało przy mnie, znalazło się kilka kilometrów dalej, w Oliwie gdyż ten łańcuch się rozszerzał, bi nieustannie dołączali do niego ludzie. Byłam przerażona, nie mogłam znaleźć mojej córki. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Rzeczywiście, wtedy to mnie porywało, byłam absolutnie przekonana, że to jest coś, co musi przekonać ludzi do czynienia dobra. Raptem zrozumiałam, że Ruch, do którego należę ma szansę wiele zmienić. Głośno i wyraźnie mówiliśmy, że „nie chcemy, aby było tak jak kiedyś”, lansowaliśmy zapomniane wartości – żeby ludzie sobie pomagali, żebyśmy pomagali słabszym, czynili dobro, itd.” Wówczas był to ruch bardzo awangardowy, odwołujący się do tolerancji, przeciwko dyskryminacji, stający w obronie praw ludzi uzależnionych. Nasze poglądy nie były popularne i nie przystawały do lansowanej społecznej polityki państwa. Były to czasy, w których często trudno się było przyznać, że się jest z MONARU, tych z MONARU wytykano palcami.

Aż trudno mi uwierzyć…

Kiedyś jechałam z dzieciakami z Monaru na wakacje, mieliśmy przedziały zarezerwowane i na drzwiach tych przedziałów przylepione były kartki z napisami „MONAR – Rezerwacja”, Pasażerowie pluli na szyby naszego przedziału, wyzywali nas od najgorszych i krzyczeli „Wy ćpuny, gdzie wy tu do pociągu?!” itd. Konduktor musiał nas bronić. To były dziwne i trudne czasy. Z jednej strony ludzie potrzebowali naszej pomocy, a z drugiej uważali, że jesteśmy ludźmi innej kategorii, gorszego sortu. Gdy dzisiaj słyszę takie określenia używane w sferze życia publicznego przyznam, że się poważnie niepokoję. Dobrze pamiętam jak się czułam wtedy i jak czuły się dzieciaki, które leczyłam. Na szczęście powoli sytuacja zaczęła się zmieniać. Zaczęto doceniać chociaż to, że jednak gdzieś można „upchnąć tych ćpunów”, dlatego powstawało tyle ośrodków. Prawie wszystkie domy/ośrodki MONARU powstały w latach 1978 – 1989. Ale nie tylko MONARU. Powstawały placówki państwowe, placówki prowadzone przez organizacje wyznaniowe itp. I prawda jest taka, o czym dzisiaj nie mówi się zbyt często, że prawie wszyscy ludzie, którzy później organizowali profesjonalną pomoc uzależnionym, wywodzą się tak naprawdę z MONARU – kadra psychologiczna, księża, wychowawcy, lekarze… Albo u nas się leczyli, albo stażowali. Zapraszaliśmy chętnych do naszych placówek i dzieliliśmy się nasza wiedzą i doświadczeniem. Ludzi, którzy potrzebowali pomocy było wtedy ogromnie dużo. Zresztą dziś też jest dużo i będzie więcej, bo dopalacze zbierają swoje żniwo…

Wiem, że jesteś pomysłodawczynią i autorką programu terapeutycznego ośrodka, który realizowany jest do dziś…

Rzeczywiście, bardzo dużo czasu poświęcałam w tamtych latach Ośrodkowi. Początek miał miejsce w 1983 roku. W 1987 dostaliśmy od miasta nowy dom. Właściwie to nowy–stary dom. Przepiękny, zrujnowany kompleks parkowo-dworski. W dodatku zabytek. Tworzyłam razem z moimi podopiecznymi program ośrodka, no i remontowałam dom, nie było bowiem wtedy żadnego wzorca ośrodka dla dzieci – trzeba to było wymodelować. Miałam też swój pomysł na terapię – zajmowałam się kliniką dorastania, dzieciaki zawsze były mi bliskie. Chciałam zrobić program, który mógłby skutecznie pomagać młodym ludziom przezwyciężyć nałóg. Zastanawiałam się, kto mógłby mi w tym pomóc. Jak wspomniałam wcześniej – nie było w moim otoczeniu nikogo. Postanowiłam rozmawiać z moimi podopiecznymi i wspólnie z nimi stworzyć program terapii. Dzisiaj mogę stwierdzić, że to był bardzo dobry pomysł i procentuje do dzisiaj. Przez pierwsze 10 lat istnienia ośrodka rozmawiałam godzinami z młodymi ludźmi o tym jak powinien wyglądać dom, w którym chcieliby przebywać i leczyć się, jakie powinny panować w nim warunki, jakie zasady, jakie normy, itd. Byłam przekonana, że bez ich pomysłu na ratowanie samych siebie nic mi się nie uda. Przyjeżdżali w tragicznych momentach swojego życia – zaćpani, bez domu, często po próbach samobójczych, nieodtruci, różni. To, co przywozili ze sobą to jednak nadzieja, że może im się uda. Dla mnie samej ewenementem było wtedy postanowienie, że dopóki nie wprowadzę ustalonych z dzieciakami warunków, nie sprawdzę jak to działa i nie zobaczę konkretnych rezultatów nie będę o tym programie mówiła. Codziennie uczyłam się czegoś nowego. Dopiero po 10 lat razem z moim zespołem, na jubileuszowej konferencji, z udziałem najwyższych władz województwa pomorskiego zaprezentowaliśmy program „Odnaleźć siebie” i wyniki przeprowadzonych przez nas badań dotyczących skuteczności tego programu. Nieskromnie powiem, że to był sukces. Przedstawiałam ten program na wielu konferencjach, gdzie zawsze budził szczere zainteresowanie. Zresztą został przetłumaczony na 15 języków. Dostaliśmy propozycję, żeby program poddać zewnętrznej ewaluacji i opisać jako tzw. obiecującą praktykę terapeutyczną. Zgodziliśmy się, choć nie wiedzieliśmy na czym dokładnie ta procedura polega. Zjawiła się u nas Komisja Ewaluacyjna, cztery osoby ze Szwecji i Stanów Zjednoczonych, która przez prawie dwa tygodnie prowadziła szereg obserwacji, badań ankietowych, wywiadów indywidualnych i grupowych. Powstał Raport, który został opublikowany na światowym rynku przez Danya Internationale, Inc. na zlecenie US Department of State, Bureau for International Narcotics and Law Enforcement Affairs pod tytułem: „Promising Practices in Drug Treatment: Findings from Europe”. Przyznasz, że to jest już coś!

Skąd taki tytuł „Odnaleźć siebie”?

Przez pierwsze parę lat nie było żadnej nazwy, ani tak naprawdę programu. szystko tworzyło się… Aż pewnego dnia, nie pamiętam , dokładnie w którym roku przyjechał Marek, piętnastolatek. Terapeuta, który go przyjmował zapytał co spowodowało, że przyjechał się do nas leczyć. Marek odpowiedział: „ja nie przyjechałem się tu leczyć, ja tu przyjechałem odnaleźć siebie… Zadziwiło nas, sprowokowało i zainspirowało. I od tego momentu właściwie zaczęliśmy rozmawiać poważnie o koncepcji – że nie ochrona przed narkotykami tylko dbałość o rozwój osobisty, odnalezienie swego ja, swoich ambicji marzeń i planów, że tylko tak można przezwyciężyć nałóg, a właściwie zwyciężyć samego siebie. Że musi być atrakcyjnie, partnersko, wspólnie, że powinno to leczenie pachnieć przygodą, tworzeniem, poszukiwaniem. Ten sposób naszego myślenia nie zmienił się do dzisiaj chociaż coraz trudniej o swobodę w jego realizacji.

Dlaczego?

Obowiązujące przepisy, procedury, standardy, wymagania, itd. Coraz więcej różnych ograniczeń, które uzasadniane są, co gorsza, dobrem pacjenta. Jesteśmy obecnie jedną z wielu placówek specjalistycznych w grupie zakładów opieki psychiatrycznej i to wiele tłumaczy. Chociaż staram się zrozumieć te wszystkie wymagania mam sporo obaw, że to nie jest dobry kierunek, że wracamy do miejsca, z którego przed laty uciekliśmy. Nie jestem zwolenniczką stricte medycznego podejścia, Uzależnienie od substancji psychoaktywnych to nie tylko problem medyczny. Dotyka wszystkich praktycznie sfer życia człowieka i bez oddziaływań na te sfery nie da się, moim zdaniem, w pełni przywrócić go do normalnego życia.

Kierujesz Ośrodkiem już 34 lata. Udaje się nadal realizować program „Odnaleźć siebie” ?

Założenia i koncepcja programu się nie zmieniła, ale sposób w jak ten program realizujemy właściwie stale się zmienia. Uelastyczniamy czas jego trwania, urozmaicamy go poszerzając o takie oddziaływania, które wychodzą naprzeciw potrzebom naszych młodych klientów, stale rozwijamy formy współpracy z rodzinami, staramy się wykorzystywać metody terapii o udowodnionej naukowo skuteczności, dbać o możliwości poszukiwania przez młodych ludzi własnych zainteresowań, możliwości uczenia się, itd. Uważam, że dzisiejszej młodzieży ten program odpowiada tak samo jak tej sprzed lat. Stale jednak jest wyzwaniem dla kadry terapeutycznej. Młodzież jest bardzo wymagającym klientem, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Chociaż przybywa mi lat, stały kontakt z młodymi ludźmi jest dla mnie bardzo pouczający, odświeżający i inspirujący. Tym młodym ludziom, walczącym o siebie każdego dnia, zawdzięczam to kim dzisiaj jestem jako człowiek. I chociaż w ostatnich latach w związku z tym, że zostałam przewodniczącą MONARU, nie tak często jak dawniej bywam w ośrodku, to właśnie tam odzyskuję siły i czuję, że to jest moje miejsce.

Jak zmieniło się Twoje życie kiedy w 2002 roku powierzono Ci kierowanie Stowarzyszeniem ?

Oj, bardzo się zmieniło, zarówno zawodowo jak i prywatnie. Nie byłam na te zmiany przygotowana, nie brałam w ogóle takiej zmiany pod uwagę. Ta nagła, niespodziewana śmierć Marka zmusiła nie tylko mnie, ale wszystkich ludzi MONARU do podejmowania trudnych decyzji. I trzeba było to wszystko zrobić szybko, prawie natychmiast. Byliśmy wszyscy pogrążeni w żałobie, smutku i lęku przed tym, co dalej. Gdy okazało się, że ludzie mnie wybrali na Jego zastępcę uważałam, że nie mogę, że nie wypada w tej sytuacji odmówić. Teraz mogę przyznać, że byłam wtedy potwornie przerażona, bez żadnego pomysłu co dalej… Pusta głowa, strach i uciskające poczucie odpowiedzialności. MONAR w 2002 roku wywrócił moje życie do góry nogami. Miałam wówczas ten swój ośrodek gdzie praca z dzieciakami dawała mi ogromną satysfakcje. Pracowałam intensywnie na uczelni, robiłam za eksperta w Radzie Europy, jeździłam na spotkania do Strasburga, udzielałam się, chodziłam do szkół – uczyłam nauczycieli, prowadziłam Akademię Pogodnej Szkoły. Budowałam system profilaktyki, uczyłam dorosłych, i wierzyłam, że jak oni będą dobrzy, to dzieci nie będą brały. Założyłam Mrowisko, dużą organizację, zajmującą się nieszablonową profilaktyką dla dzieci. Miałam pozaczynane mnóstwo publikacji, rozdziałów do książek i pomysły na nowe programy. W dodatku przeprowadziłam się do starego domu z ogrodem i czekała mnie przygoda z jego remontem i urządzaniem. Nie powiem już o zaplanowanych podróżach z moim mężem. I to wszystko 1 października 2002 roku musiałam odłożyć. 19 sierpnia, kiedy zginął Marek wiedziałam, że nic już nie będzie tak jak kiedyś, chociaż wtedy nie wyobrażałam sobie jak będzie…

Jak pamiętasz tamten dramatyczny, sierpniowy dzień ?

Jak horror. Nie wyobrażasz sobie jak wielki to był dramat dla stowarzyszenia . Pojechałam natychmiast do Warszawy, zjechaliśmy się zresztą wszyscy, próbowaliśmy się wspierać, zastanawiać się nad uroczystościami pogrzebowymi. Miałam poczucie że coś okropnego wisi nad nami, że jest jakoś strasznie. Ktoś z moich kolegów wtedy raptem zasugerował , że może to ja bym poprowadziła stowarzyszenie. Przestraszyłam się tej sugestii. Potem były przejmujące uroczystości pogrzebowe, a po nich wzruszający koncert. To właśnie podczas tego koncertu moi koledzy ( głównie liderzy ośrodków) przekonywali mnie, że powinnam kierować stowarzyszeniem. Wracając do domu, do Sopotu zdecydowanie odrzuciłam myśl o kandydowaniu w wyborach. Wtedy byłam przekonana, że zajęcie miejsca po Marku to nie jest moje przeznaczenie. 1 października 2002 w Potęgowie odbył się zjazd stowarzyszenia –. Przyjechało ok. 400 osób. Nie wiem jak to się stało, ale pod namową wielu osób zdecydowałam się kandydować.

I wygrałaś.

No tak, ale to nie było tak od razu. Jak rozpoczęły się komentarze, pytania, dyskusje miałam tylko szum w uszach i postanowiłam się wycofać. Zrobiono przerwę. Proszono mnie, abym złożyła różne obietnice, deklaracje, przyrzeczenia… Mówiono: „Ty przyrzeknij, że Ty tego Monaru nie podzielisz”, a ja w ogóle nie wiedziałam o co chodzi. Miałam tak straszne napięcie, że naprawdę nie pamiętam, jak ja to w ogóle wytrzymałam. Pamiętam tylko, że w końcu zdeklarowałam, ze ja na pewno tego Monaru nie podzielę na Monar i na Markot.

Od czego zaczęłaś jako przewodnicząca czy prezes MONARU ?

Zjazd się skończył, a ja nie wiedziałam „co teraz?” Wszyscy się rozjechali. Został ze mną tylko mój mąż. W tamtym momencie w ogóle nie zdawałam sobie sprawy, co tak naprawdę się stało. Emocji było we mnie tyle, że nie potrafiłabym nawet dzisiaj ich wszystkich wymienić. Siedzieliśmy z moim mężem w ciszy, w samochodzie, na parkingu w Popowie przez dłuższą chwilę. Wpadłam w przerażenie, ze nie wiem co dalej, nie wiem gdzie dalej, że zostawiłam wszystko w domu w Sopocie rozgrzebane, i muszę szybko wracać. Do porządku przywołał mnie mój mąż, uświadamiając mi, że do Sopotu nie pojadę, że trzeba gdzieś się zatrzymać w Warszawie i przygotować do udzielania wywiadów. Słyszałam tylko pytania Krzysztofa : „czy Ty wzięłaś jakieś ubrania, ? „ Czy wiesz, co chcesz powiedzieć ? „Zapomnij, że pójdziesz dzisiaj spać, przygotuj sobie, co Ty w ogóle powiesz” . Dopiero wtedy spanikowałam, choć do końca nie wierzyłam, że zaraz dopadnie mnie prasa, radio i telewizja. Zamiast do domu pojechaliśmy do Warszawy, do Biura mojego męża. Rzeczywiście, noc upłynęła mi na myśleniu i układaniu tego, co powiem, choć prawdę mówiąc nie zdążyłam z nikim nic skonsultować.
Ranek, następnego dnia był taki jak przewidział mój mąż. Telefony, wywiady, spotkania. Nie do końca pamiętam co wtedy mówiłam, ale bardzo się starałam. Po paru dniach spotkałam się z Zarządem, znalazłam miejsce w Biurze, na Hożej i pomalutku poznawałam MONAR Marka. Już wkrótce uświadomiłam sobie, że nie czas na nowe koncepcje, gdyż czeka mnie dużo starych spraw. Ceremonia pogrzebu Marka uświadomiła mi i nie tylko mi, że jest nas ogromnie dużo, i że prawie w ogóle się nie znamy, że jest jakiś Markot wielgachny – 150 placówek dla bezdomnych. Terapeuci z ośrodków leczenia byli zdziwieni ilością inicjatyw, które ujawniły się po śmierci Marka. Przez chwilę nawet myślałam, że on chyba umarł po to, żebyśmy się wszyscy spotkali. Przyrzekłam, że ten Monar się nie rozpadnie, że będziemy razem nieść te idee, które nas łączą..

Miałaś wtedy jakąś swoją koncepcję MONARU ?

Wtedy jeszcze nie. W każdej minucie zaskakiwały mnie nowe fakty, nowe sytuacje. Uświadamiałam sobie, że moja dotychczasowa wiedza na temat MONARU jest dość mierna i zbyt idealistyczna. Szczęściem i zrządzeniem losu było, że w 2000 roku pojechałam z Markiem Kotańskim do Stanów Zjednoczonych. Byliśmy tam we dwoje. Pojechaliśmy na spotkanie z prezydentem i zarządem Światowej Federacji Społeczności Terapeutycznych, z którą wtedy intensywnie współpracowałam. Przedstawiciele społeczności terapeutycznych z całego świata bardzo chcieli osobiście Marka poznać, uznając go za jednego z najwybitniejszych liderów ruchu społecznego na rzecz pomocy osobom uzależnionym. Nigdy przedtem tyle nie rozmawialiśmy. Spędziłam z nim cały tydzień, dzień w dzień siedząc w różnych miejscach Nowego Jorku . Były to rozmowy osobiste – o nim, o mnie i zawodowe – o profilaktyce, o bezdomności, o MONARZE. Dowiedziałam się o nim takich rzeczy, których prawdopodobnie nigdy bym nie poznała, gdybym z nim nie pojechała. Mówił wtedy o takich sprawach, które później przypominały mi się w różnych sytuacjach – żebym nie zostawiała nigdy tej czy innej osoby, gdyby coś się złego zdarzyło, żeby pamiętać, że to są „może nie idealni ale fajni ludzie”, że MONAR jest najlepszy choć są „faryzeusze” (!), że trzeba się umacniać, gdyż „wróg nie śpi”, itd. Gdy Go zabrakło, te nowojorskie spotkania uznałam za jakiś mój drogowskaz. Szybko dane mi było odkryć, że choć jesteśmy jedną wielką organizacją , każdy z nas ma swoje „królestwo”, swoją ziemię, swój ośrodek…, że nie będzie łatwo kontynuować jego dzieło nie mówiąc już o tym, żeby wnieść coś mojego. Czułam ciężar odpowiedzialności i niewygodę miejsca, które po Nim zajęłam.

Jakie były twoje pierwsze kroki?

Jak powiedziałam wcześniej zastałam MONAR, którego nie znałam. I codziennie coś mnie zaskakiwało. W biurze nie bardzo mogłam się zorientować jakie panują formalne i organizacyjne rozwiązania. Każdy mówił co innego. Wiele osób uważało, że mają nadane im przez Marka niezbywalne prawa do decydowania o wszystkim. Nie mogłam się doliczyć, ile czego mamy. Nie bardzo wiedziałam za co i jak się w pierwszej kolejności zabrać. Wiele osób z trudem godziło się z tym, że miejsce Marka zajął kto inny. Dziękowałam Bogu wtedy, że jestem kobietą i dzięki temu może uniknę przyrównywania mnie do niego i oczekiwania tego samego. Głównym dylematem moim było, jak sprawić, by ludzie zaakceptowali mnie na jego miejscu. Wielu okazywało pomocną dłoń i wspierało, ale z drugiej strony czułam smutek, złość i niezgodę, że jest ktoś inny. Na Marywilską w ogóle nie chciano mnie wpuścić, wywieszono transparenty, że na Koczurowską zgody nie ma. Media zarzucały mnie pytaniami o sprawy, których nie znałam, o nadużycia i braki, o których nie miałam pojęcia. Musiałam tłumaczyć się z rzeczy, które były mi obce. Co mogę powiedzieć – było mi z tym źle, czułam się okropnie i dzisiaj nie wiem nawet jak to wytrzymałam. Czułam, że nie będzie łatwo o szansę i zaufanie, bo Marek był tak wszechogarniającą osobą w tym stowarzyszeniu, że już fakt, że obejmuję to samo stanowisko, stawało się zarzewiem konfliktu.

Wracając do Twojego pytania… Wszystkie moje kroki jako przewodniczącej były pierwsze. Najkrócej mówiąc: rozmawiałam, poznawałam, pytałam, układałam, sprzątałam, itp. Najtrudniej było z finansami. Sporządzony na moje zamówienie audyt zewnętrzny stwierdził, że nie ma w stowarzyszeniu właściwie księgowości, nie wiadomo też było, ile mamy, ile jesteśmy winni i ile nam się należy. Opatrzność nade mną czuwała, ze spotkałam, prawie przypadkowo panią Beatę Marzec, która zdecydowała się wziąć finanse w swoje ręce. Gdyby nie ona, nie byłoby mnie w Stowarzyszeniu. Czas był nieubłagany – trzeba było szybko działać, szybko wyjaśniać i naprawiać, aby Stowarzyszenie normalnie funkcjonowało a w ludziach żałoba, smutek, brak energii, rodzaj zawieszenia. Jakbyśmy wszyscy na coś czekali.

A w dodatku przejęłam stowarzyszenie wtedy, gdy zmieniały się wszystkie przepisy – prawo o stowarzyszeniach, prawo finansowe, dotyczącego tego, jak te organizacje mają się rozliczać, jak sprawozdawać. Samorządy, które powstawały, wymuszały inny sposób współpracy z organizacjami pozarządowymi. Trzeba było składać programy, dokumenty, a ja nie mogłam rozpoznać na czym tak naprawdę stoimy. Informacje od osób, które aktywnie działały w stowarzyszeniu i pełniły ważne funkcje, były często rozbieżne i niepełne, zaczęłam się dowiadywać, że mamy ogromną ilość długów w poszczególnych placówkach itp. Wieczorami, w biurze mego męża płakałam ze strachu i bezradności. Nigdy nie prowadziłam tak wielkiej organizacji, zatrudniającej tak wiele osób. Wyrzucałam sobie, że niepotrzebnie podjęłam się tej funkcji. Byłam całymi tygodniami poza domem, co jeszcze pogarszało mój stan. Czułam się jak w Matriksie – z jednej strony powodowało mną uczucie, że tego wszystkiego nie ogarnę, a z drugiej poczucie odpowiedzialności, że skoro mnie wybrano, to muszę coś zrobić.

Ile ten stan trwał?

Najgorsze były dwa pierwsze lata. Postanowiłam w tym okresie odwiedzić wszystkie placówki MONARU i Markotu. Jeździłam bez przerwy. Przejechałam swoim samochodem 550.000 km. Nabierałam przekonania, że na razie nie mam co myśleć, jak chciałabym, żeby MONAR wyglądał. Myślałam głównie o tym jak różne sprawy poukładać, co zrobić aby MONAR nie stracił swojej marki i wizerunku. Media nie były dla mnie zbyt łaskawe. Zapraszano mnie do TV, aby pytać czy wiem kto coś ukradł albo sprzeniewierzył, co zostawił Marek i gdzie to jest. To był najtrudniejszy dla mnie czas. Musiałam zacząć rozmawiać z miastami, z urzędami, z gminami. Musiałam występować o umarzanie długów itd. Gdy skończyła się kadencja władz stowarzyszenia, którą kontynuowałam po Marku, wybrany został nowy zarząd, z którym zaczęłam bardziej intensywną współpracę, co nie znaczyło, że ubyło problemów. Nie byłam już jednak sama. Cieszył mnie też fakt, że członkowie Stowarzyszenia uznali, że to ja nadal mam kierować organizacją. Rozpoczął się okres wytężonej pracy i mozolne wprowadzanie wielu zmian i trwał jakieś 8-9 lat. Dopiero ta obecna, kończąca się kadencja była spokojniejsza. W końcu dotarło do mnie, że to ja teraz kieruję Stowarzyszeniem i w pewnym sensie zaakceptowałam siebie w tej roli.

No tak, wybrano Cię przecież ponownie na szefa MONARU

Przyznaję, że wtedy już chciałam, żeby mnie wybrano. Jak włożysz w coś wiele wysiłku to zaczynasz to kochać. I pewnie tak było ze mną. Zaczynałam widzieć MONAR własnymi oczami, mieć koncepcję, jak powinien się rozwijać i umacniać. Poznałam lepiej ludzi a oni mnie. Czułam więcej wsparcia. Przyzwyczaiłam się do podróży, dzielenia czasu na dom, ośrodek i Warszawę. Przyzwyczaiłam do pokoiku na Marywilskiej, w którym się zatrzymywałam. Zrozumiałam, że dobrze się stało, że wybrałam strategię cierpliwego, powolnego przekonywania ludzi do siebie. Zrozumiałam, że nic na siłę, że ludzie muszą się oswoić ze zmianami, które nas czekały, zwłaszcza, że niektóre zmiany musiały być wprowadzane natychmiast. Starałam się jak umiałam najlepiej Chciałam, żebyśmy prawnie byli przejrzyści, chciałam uchronić Monar przed upadkiem, przed wyrzuceniem nas na boczny tor. Musieliśmy zmienić statut, zapisy, musieliśmy się na nowo rejestrować, przygotować mnóstwo dokumentów, złożyć mnóstwo wniosków, nauczyć się pisać te programy. Wszyscy myśleli, że jak Kotan umarł, to może jest szansa, żeby Monar „rozdrapać”. Musiałam mocno pracować na to, żeby przekonywać ludzi, że nie mam złych zamiarów i zaskarbić sobie zaufanie.. Pamiętałam, że jak tylko wyrywałam się z pomysłem, że coś trzeba sprofesjonalizować zaraz spotykały mnie zarzuty, że chcę zmienić idee MONARU. Dostałam od moich kolegów narysowaną karykaturę mojej osoby. Przedstawiała mnie jako administracyjnego pracownika, biuralistkę siedzącą przy biurku i coś tam podpisującą. Było mi wtedy bardzo przykro. Tak, jakby wszyscy raptem zapomnieli i to mnie najbardziej bolało, że jestem terapeutą, mam swój ośrodek, i że jestem tak jak i oni człowiekiem tego MONARU. Jakoś to przeżyłam i cierpliwie czekałam na lepsze czasy, które na szczęście dla mnie nadeszły.

Czyli coś Cię w MONARZE urzekło…

Nie coś a ktoś. Ludzie, którzy może wtedy nie dbali o papiery czy administracyjny porządek, ale byli ogarnięci misją, dotknięci czystą ideą pomagania. I to nie był żaden pozór, że chcemy ludzi stawiać na nogi, czy wyciągać z tego uzależnienia. Ta prawda mnie trzymała. Coraz więcej namawiałam, żeby się zjeżdżać, spotykać, dyskutować. Wierzyłam, że jest w nas siła. Po tych paru lata obarczonych ciężką harówą i mojego osamotnienia, sytuacja poprawiła się, ludzie stwierdzili, że niewiele złego się stało, że wiele rozwiązań było dla nich korzystnych i że faktycznie nastał inne czasy. Podejmowaliśmy różne inicjatywy – nie spotykały się one z szałem medialnym, jak za czasów Marka, ale ja też nie byłam Markiem Kotańskim. MONAR dzisiaj ma swoją markę, jest rozpoznawalny, bardziej konkretny, ludzie wiedzą, czego od nas oczekiwać. Nie dałabym rady zrobić tego bez wszystkich ludzi,  członków zarządu – tego i poprzedniego. Nabieramy coraz większego rozpędu. Sporo się udało. Udało się ochronić jedność. Jesteśmy wielką wspólnotą. Ludzie poszli się uczyć, kadry są coraz lepiej wykwalifikowane. Zrobiliśmy to wszystko, czego nie było. Nie było strony internetowej, całego biura, materiałów promocyjnych.

Dużo osób zaczęło jeździć w świat, żeby zobaczyć, jak działa się w innych krajach i móc rozszerzać naszą działalność. Ogromnie rozszerzyliśmy współpracę międzynarodową, jesteśmy rozpoznawalną organizacją w Europie o ugruntowanej renomie. Wiedziałam, że musimy się specjalizować, żeby być skuteczniejszymi. Wierzyłam w to, że jak będziemy dobrze rozpoznawać potrzeby ludzi szukających w MONARZE pomocy, nie porzucając pierwotnej idei otwartości, tolerancji, wiary w drugiego człowieka, będziemy skuteczniejsi. Tak narodziła się koncepcja specjalizowania placówek – dla dzieci osobno, dla kobiet, czy osób z podwójną diagnozą.

I co dalej?

Jestem osobą, która nie umie żyć bez wizji. Lubię plany, lubię szukać nowego. Mam przekonanie, że to moja zaleta a nie wada. Niektórzy mówią, że za dużo wymagam, inni twierdzą, że bez tego, wielu dobrych inicjatyw by nie powstało. Nigdy się wszystkim nie dogodzi.
Myślę, że stowarzyszenie miało 15 trudnych lat, trzeba było się oswoić, że jest nowa księgowość, nowe zasady, itd., ale dzięki temu mamy transparentną sytuację, MONAR się wzbogacił, choć potrzeb stale mamy dużo, więcej niż możliwości. Czeka nas dalsza modernizacja systemu pomocowego i to w obszarze leczenia uzależnień, pomocy społecznej i readaptacji osób bezdomnych, a także dalsza cyfryzacja. Czeka nas  także święto. W 2018 roku MONAR będzie miał 40 lat. Świetny, dojrzały wiek – jak mówią – wystarczająco młody, aby zdobywać świat i wystarczająco doświadczony, aby wiedzieć jak to zrobić.

Czy czujesz się spełniona?

Pewnie nigdy w życiu nie będę się czuła do końca spełniona, bo nie wiem, co to znaczy. Wolę stan spełniania się niż spełnienia. Cieszę się tym, co jest. Lubię robić to, co robię, nie czuję się wypalona, może czasem zmęczona. Te ostanie 15 lat było trudne choćby dlatego, że po takim człowieku jak Marek nic nie było łatwe. Jestem kobietą, która uważa, że zdarzyło się w moim życiu sporo fajnych rzeczy, nie tylko w pracy. Niczego nie żałuję, za niczym nie tęsknię. Wyznaję prostą zasadę – cieszę się każda chwilą, bo mam dla tych chwil szacunek, bo życie jest krótkie i nie ma czasu, żeby je marnować. Nie są mi potrzebne jakieś spektakularne sukcesy. Lubię codzienną pracę, lubię orać, sadzić, patrzyć jak rośnie i zbierać plony. I sprawia mi to wiele radości. Może powinnam być rolnikiem, co? Jako przewodnicząca? Nie zastanawiałam się czy się spełniłam. Starałam się, tak dobrze jak umiałam, jestem dumna, że potrafię powiedzieć „mój MONAR”. Jeszcze niedawno nie miałabym takiej odwagi. Codziennie uczyłam się MONARU. Wiele o nim umiem prawie na pamięć i wiele jeszcze muszę się nauczyć. Jak się zostaje przywódcą takiej organizacji jak MONAR, czy tego się chce czy nie, trzeba robić wszystko, co najlepsze.