headerphoto

Czytelnia

Monar w mediach - archiwum 2006

 

Czy przy ul. Pogodnej powstanie szpital dla poznańskich bezdomnych?

Pobierz PDF

Gazeta Wyborcza Poznań 20.12.2006

Licytujemy 20 prac nagrodzonych w konkursie Choinki Jedynki

Pobierz PDF

Rzeczpospolita 15.12.2006

 

Zdążyć przed zimą

Pobierz PDF

Dziennik Wschodni 14.12.2006

 

Choinki Jedynki

Pobierz PDF

Rzeczpospolita 05.12.2006

 

Dzieciaki czekają na pomoc

Pobierz PDF

Rzeczpospolita 30.11.2006

 

Rząd pomoże bezdomnym

Pobierz PDF

Życie Warszawy 30.11.2006

 

Dar Serc

Pobierz PDF

Dziennik Zachodni 06.11.2006

 

Wolontariusze pomogą nawet pijanym bezdomnym

Pobierz PDF

Dziennik 07.11.2006

 

Kilka tysięcy osób wyciągnęliśmy z narkotyków

Pobierz PDF

Dziennik Wschodni 02.11.2006

 

Noclegownie przygotowane do zimy

Pobierz PDF

Rzeczpospolita 31.10.2006

 

Monar może być na razie spokojny

Pobierz PDF

Gazeta Wyborcza Bydgoszcz, 13.10.2006

 

Wspomnienie o Kotanie

Pobierz PDF

Nowości, 26.09.2006

 

Nasza mistrzyni

Pobierz PDF

Dziennik Zachodni, 19.09.2006

 

Kotan będzie miał pomnik

Pobierz PDF

Gazeta Wyborcza Stołeczna, 19.09.2006

 

Gole zamiast narkotyków

Pobierz PDF

Dziennik Łódzki, 11.09.2006

 

Kryształowe serca w nagrodę za trud

Pobierz PDF

Echo Dnia, 04.09.2006

 

W rytmie hip hopu

Pobierz PDF

Głos Wielkopolski, 04.09.2006

 

Wakacje bez ćpania.

Pobierz PDF

Słowo Polskie, Gazeta Wrocławska 04.08.2006

 

Najważniejsza jest wczesna terapia

Pobierz PDF

Gazeta Pomorska 05.08.2006

 

Siostry i Monar w jednym domu?

Pobierz PDF

Kurier Lubelski, Puławy 11.08.2006

 

Marek Kotański. Wspomnienie.

Pobierz PDF

Gazeta Wyborcza, Poznań 31.08.2006

 

Bez narkotyków. Punkt konsultacyjny Monar w Koninie

Pobierz PDF

Gazeta Poznańska, 03.07.2006

 

Ratują pałac oraz życie. W Zielińcu powstaje "antygetto" - miejsce dla bezdomnych

Pobierz PDF

Głos Wielkopolski, 07.07.2006

 

Bliżej końca gehenny. Problemy ośrodka Markot

Pobierz PDF

Trybuna, 06.07.2006

 

Puławy. MONAR w opałach
Nie ma miejsc dla uzależnionych

Puławski MONAR ma kłopoty. Od dwóch lat o siedzibę poradni dopominają się zakonnice, które chcą tu zbudować ośrodek wychowawczy. A widoków na nowy lokal jak nie było, tak nie ma.

Puławski MONAR od samych początków swojej działalności w 1994 r. ma siedzibę przy ul. Kowalewskiego, w budynku znajdującym się na terenie byłego amfiteatru. Nieruchomość położona w środku lasku nieopodal miasta należała do starostwa. Jednak w 2000 r. za 1 proc. Wartości została sprzedana Zgromadzeniu Sióstr Benedyktynek Misjonarek.

W miejscu tym siostry chcą zbudować specjalny ośrodek wychowawczy. Jednak w takiej sytuacji nie wiadomo, co zrobić z poradnią MONAR-u.

- Sprzedaż terenu była bardzo dziwnym posunięciem, bo jednocześnie podpisano z nami umowę użyczenia obiektu na czas nieokreślony - mówi Iwona Sztajner, kierownik puławskiego MONAR-u.

Nowej siedziby dla poradni do tej pory nie udało się znaleźć. - proponowaliśmy budynek byłej szkoły muzycznej przy ul. Moniuszki, ale MONAR-u nie było stać na jego remont. Myśleliśmy też o budynku byłego Specjalnego Ośrodka Wychowawczego przy ul. Partyzantów, ale od razu pojawiły się sprzeciwy - tłumaczy Tomasz Jaremek, wicestarosta puławski.

Budynek, w którym działa MONAR, był w ubiegłym roku remontowany. Dlatego jego kierownictwo tym bardziej nie chce się przenosić. - Najchętniej zostalibyśmy, gdzie jesteśmy. Mamy tu odpowiednie warunki do pracy z osobami uzależnionymi - mówi Iwona Sztajner.

Wczoraj nie udało nam się porozmawiać z siostrą dyrektorką Zgromadzenia Benedyktynek, która jest na urlopie. Wiadomo jednak, że w tej chwili powstaje projekt nowego ośrodka wychowawczego, który ma tu powstać.

Według danych w Puławach jest zarejestrowanych prawie 250 osób uzależnionych. Puławski MONAR w ubiegłym roku udzielił ponad 12 tys. Porad zarówno im, jak i ich rodzinom. Najwięcej kontrowersji wśród mieszkańców Puław budzi otoczenie budynku MONAR-u, które jest bardzo zaniedbane. Wszędzie walają się śmieci, potłuczone butelki, gdzieniegdzie można też znaleźć strzykawki. - teren nie należy do nas, dlatego nie możemy nim gospodarować. Ale i tak staramy się go sprzątać - tłumaczy Iwona Sztajner z MONAR-u.

Paweł Buczkowski, Dziennik Wschodni, 26.07.2006

 

Realizujemy idee Marka

Z Jolantą Łazuga-Koczurowską Przewodniczącą Zarządu Głównego Stowarzyszenia MONAR rozmawia Hilary Kubsch

- Jak przyjęto prośbę uczniów gimnazjum w Mielnie o wyrażenie zgody na nadanie szkole imienia Marka Kotańskiego?

- Ja, osobiście, ucieszyłam się, z wielu powodów, kiedy przed kilkoma miesiącami dotarła do nas ta miła propozycja. Po pierwsze: Marek Kotański w ostatnich latach swego życia zmierzał w kierunku profilaktyki, myślał bardziej o młodzieży zdrowej, którą jak mówił "trzeba zaimpregnować przeciwko złu", niż o tych, którzy już w sobie nosili to zło. Zawsze marzyło mu się, aby w szkołach powstawały grupy młodzieży, które będą czynić dobro. Niestety, nie doczekał zrealizowania tych marzeń. Wydaje mi się, że jest on bardzo dobrym, wręcz idealnym, bohaterem dla młodzieży w dzisiejszych czasach. Teraz, po śmierci, może jest im bliższy niż kiedy żył, oni go znali i z jeszcze większą ochotą realizują jego idee.

- Ile szkół w Polsce nosi imię Marka Kotańskiego?

- 11 szkół

- Czy nie brakuje wam Marka?

- Jest to trudne pytanie. Na pewno tak, to był bliski nam człowiek, z którym się pracowało i każde takie odejście jest smutne. Nam brakuje jego "szaleństwa" i tego wszystkiego co "wyczyniał". Natomiast gdzieś tam mamy takie mocne przekonanie, że on nam zostawił jakiś testament i to nam pozwala żyć z jego ideą i myśleć optymistycznie o realizacji Marka i naszych planów.

- Ile lat pracowała Pani z Markiem?

- O, dużo, 24 lata. Znaliśmy się dobrze, byliśmy zaprzyjaźnieni.

- Jak sobie radzicie bez swojego przewodnika i symbolu?

- W Monarze robiliśmy różne rzeczy, Marek był naszym wizerunkiem. Po jego odejściu nie zostaliśmy sami, pozostawił nam armię ludzi przygotowanych do udzielania pomocy. Byłoby to krzywdzące, gdybyśmy o nich zapomnieli. Myślę, że Marek powinien być dumny z tego co robimy.

- Czym zajmowała się Pani w Monarze przed objęcie3m kierownictwa Stowarzyszeniem?

- Zajmowałam się rehabilitacją, czyli pomocą praktyczną ludziom uzależnionym, głównie młodzieży.

- Jakie wrażenie robią na pani takie uroczystości, jak ta w mieleńskim gimnazjum?

- Ogromne wrażenie, wraz z młodzieżą z powagą i zadowoleniem przeżywam to wydarzenie. Serce się raduje, że rośnie pokolenie, które doceniło idee Marka i Monaru - zło dobrym zwyciężaj. Należą się słowa uznania wszystkim, którzy przyczynili się do uhonorowania bohatera naszych czasów - Marka Kotańskiego uroczystą oprawą na najwyższym poziomie. Gratuluję.

Dziękuję za rozmowę

Gazeta mieleńska, lipiec 2006

 

Na koloniach też biorą narkotyki

Krakowski MONAR zaprasza wychowawców i opiekunów grup kolonijnych do udziału w programie edukacyjnym "Wakacje bez ćpania".

Program skierowany jest do osób, które podejmują się opieki nad grupami wakacyjnymi. - Często wiedza wychowawców o narkomanii jest szczątkowa. Nikt nie uczy jak, interweniować w przypadku, gdy mamy do czynienia z dzieckiem czy młodym człowiekiem pod wpływem narkotyku - mówi Rafał Wieczorek z krakowskiej poradni Monar-u. Niewielu wychowawców zdaje sobie sprawę z tego, że typowe metody interwencji ,medycznej w przypadku człowieka pod wpływem narkotyków mogą nawet zaszkodzić. O takich szczegółach chcemy informować podczas spotkań - opowiadają organizatorzy. Konsultacje odbywają się w lokalu Monar-u przy ul. Św. Katarzyny 3 (tel.012 430 61 35), w każdy poniedziałek i czwartek w godz.9-11. Akcja trwa do końca wakacji

Gazeta wyborcza, Kraków, 14.07.2006

 

Święto gimnazjalistów

Pierwszy czerwca kojarzy się przede wszystkim z dniem dziecka. W mieleńskim gimnazjum tego roku obchodzono go wyjątkowo uroczyście. Od wczesnego rana trwały ostatnie przygotowania, widać było jak bardzo są przejęci nauczyciele, uczniowie i wszyscy pracownicy szkoły wydarzeniem które miało nastąpić.

W udekorowanej hali sportowej odbyła się uroczystość nadania szkole imienia Marka Kotarskiego i przekazania sztandaru.

Na zaproszenie Dyrektora, Rady Pedagogicznej, rodziców i uczniów przybyło wielu gości, wśród których byli: przewodnicząca Rady Gminy Elżbieta Reck, Wójt Gminy Zbigniew Choiński, przewodnicząca Zarządu Głównego Stowarzyszenia MONAR Jolanta Łazuga-Koczurowska, Wizytator Kuratorium Oświaty Małgorzata Radziwołek, kierownicy jednostek administracji, samorządowych, dyrektorzy szkół podstawowych z gminy, księża, prezesi stowarzyszeń pozarządowych.

Uczniowie gimnazjum przygotowali ciekawy i wzruszający program słowno-muzyczny. Kulminacją tej części uroczystości było wręczenie przez przewodniczącą Rady Gminy, dyrektor Grażynie Marzysz-Kociak aktu nadania szkole imienia Marka Kotańskiego oraz przekazanie przez Wójta Gminy sztandaru, przed którym uczniowie złożyli ślubowanie.

Po okazjonalnych wystąpieniach Gości i części artystycznej odbyła się druga część uroczystości w holu budynku szkolnego. Pani Jolanta Łazuga-Koczurowska i Małgorzata Radziwołek dokonały odsłonięcia tablicy pamiątkowej.

Sztandar i tablicę poświęcił ks. Adam Saks. Uroczystość przebiegała w nastroju powagi, dumy i zadowolenia z faktu, iż patronem szkoły jest człowiek, którego życie i dokonania są drogowskazem i wzorem do naśladowania.

Hilary Kubsch, Gazeta Mieleńska, lipiec 2006

 

Święto mieleńskiego Gimnazjum

MY Z MARKIEM KOTAŃSKIM

Za nami bardzo ważne wydarzenia - nadanie Gimnazjum w Milenie imienia Marka Kotańskiego przekazanie szkole sztandaru. Uroczystość odbyła się 1 czerwca, a rozpoczęła mszą św. W kościele parafialnym w Mielnie.

Przybyło na nią wielu dostojnych gości, a wśród nich m.in. Zbigniew Choiński Wójt Gminy, Elżbieta Reck Przewodnicząca Rady Gminy, Jolanta Łazuga-Koczurowska [przewodnicząca Zarządu Głównego Stowarzyszenia Monar, Małgorzata Radziwołek Wizytator Kuratorium Oświaty, księża, dyrektorzy szkół, dyrektorzy samorządowych jednostek administracyjnych.

Dlaczego patronem Marek Kotański?

Kiedy trzy lata temu w ankiecie skierowanej do uczniów, Samorząd Uczniowski zapytał, kto mógłby być patronem naszej szkoły, najczęściej padało nazwisko Marka Kotańskiego. Dlatego, że zawsze pomagał potrzebującym, że nie był mu obojętny los bezdomnych, uzależnionych od alkoholu, narkotyków, zarażonych wirusem HIV.

Już jako uczeń liceum Marek był inicjatorem kilku akcji mających na celu pomoc ludziom w potrzebie. W czasie studiów działał aktywnie w Ruchu Młodych Wychowawców, który opiekował się sierotami i młodzieżą dotkniętą patologiami społecznymi. W latach osiemdziesiątych o Marku Kotańskim mówiono dużo i głośno. Był osobą popularna w prasie i w telewizji. Zainicjowany przez niego ruch Monaru publicznie świadczył o istnieniu w naszym kraju problemu narkomanii. Obecnie w kraju jest ponad 157 ośrodków Monaru.

Za sprawą Kotańskiego w "łańcuchu czystych serc" połączyły się dłonie tysięcy Polaków od Bałtyku do Tatr, jednocząc się w idei humanitaryzmu, promując trzeźwość, ochronę środowiska, zdrowy i wolny od używek styl życia.

W 1993 r. Kotański założył MARKOT (Ruch Wychodzenia z Bezdomności). Placówki MARKOT-u (100 ośrodków dla bezdomnych, samotnych matek dziećmi, osób niepełnosprawnych). Rozwinął również system pomocy dla osób opuszczających więzienia.

Jedną z jego ostatnich inicjatyw była budowa domu dla chorych na Alzheimera.

Jak zwykł mawiać sam o sobie, cierpiał na chorobę miłości do ludzi, czerpał siłę z dawania siebie innym i tego całe życie starał się uczyć innych. Idea Marka Kotańskiego "Daj siebie innym czyń dobro" widnieje na sztandarze przekazanym gimnazjum w tym tak uroczystym dniu. Nam te słowa znane są bardzo dobrze. To hasło przewodnie naszego szkolnego wolontariatu. Od lat wspieramy WOśP, ogólnopolską akcję "Góra Grosza", schronisko dla zwierząt w Koszalinie. Pracujemy w świetlicy środowiskowej w Unieście, pomagając młodszym kolegom w nauce. Odwiedzamy mieszkańców Domu Pomocy Społecznej, rokrocznie uczestniczymy w świątecznej zbiórce żywności dla osób potrzebujących.

Jolanta Koczurowska, prezes MONAR-u, powiedziała nam "Marek Kotański byłby z Was dumny"

Te słowa zobowiązują. Do współpracy wciąż zapraszamy innych, bo łatwiej jest czynić dobro, gdy pomaga wielu.

Zespół redakcyjny gazetki szkolnej "SZUM", Gazeta mieleńska, czerwiec 2006

 

Nie pozwól, żeby zrujnowały ci życie

Podczas roku szkolnego pogadanki w klasach, a w wakacje ludzie w koszulkach z ulotkami. Wszystko po to, by uświadomić młodym szkodliwość środków odurzających.
Problem brania narkotyków dotyczy coraz młodszych. W Londynie powstał plakat o tym, jak niszczeje organizm pięknej kobiety po dwóch latach narkotyzowania się. A w Bydgoszczy Młodzi Konserwatyści i Federacja Młodych Socjaldemokratów, mimo różnych poglądów politycznych, przy wsparciu policji, władz miasta i MONAR-u, od połowy czerwca prowadzili w gimnazjach apolityczną akcję antynarkotykową. Dlaczego akurat w gimnazjach?

- Dziewięćdziesiąt procent moich podopiecznych to studenci uzależnieni w głównej mierze od palenia trawki - wyznaje szef bydgoskiego MONAR-u, Ryszard Częstochowski. - Zaczynali w wieku 13-15 lat, traktując popalanie jako coś mało szkodliwego. Wszystko zaczyna się więc od gimnazjum, a nawet podstawówki.

- Z roku na rok wzrasta liczba osób posiadających narkotyki, co jest przestępstwem - mówi Sławomir Szymański z KP Śródmieście. - Jednak prawo karne i konsekwencje to jedno, a świadomość to drugie.

Działania w gimnazjach to dopiero początek akcji, która nie skończyła się wraz z ostatnim dzwonkiem. Wręcz przeciwnie. Podczas wakacyjnych imprez masowych, blisko 40 osób z obu młodzieżówek, ubranych w charakterystyczny stroje, będzie próbowało dotrzeć do młodych ludzi, by przestrzec ich przed zażywaniem narkotyków.

Justyna Tota, www.info.bydgoszcz.pl

 

 

Problemy ośrodka MARKOT
Bliżej końca gehenny

Za dwa tygodnie zakończy się montaż dachu nowego budynku domu niepełnosprawnych bezdomnych przy ul. Rudnickiego 1 a. - to duży krok ku poprawie warunków bytowych naszych podopiecznych, większości ludzi starszych i wymagających opieki - mówi Mariusz Graboń, kierownik ośrodka MONAR - MARKOT 1, którego część spłonęła osiem lat tanu.

Obecnie w drewnianym baraku przebywa 76 osób, głównie mężczyzn o różnym stopniu niepełnosprawności ruchowej, którymi opiekuje się stale jedna pielęgniarka - Jednym z największych problemów jest zbyt duże zagęszczenie, które w miarę możliwości staramy się redukować oraz siermiężne warunki. Dlatego z nowym budynkiem powstającym w miejsce drugiego, spalonego baraku, wiążemy duże nadzieje - mówi Graboń. Liczy, że na jesieni uda się oddać do użytku parter budynku, gdzie zamieszkują osoby poruszające się na wózkach inwalidzkich. Piętro zajmują osoby z mniejszymi ograniczeniami ruchowymi. Pokoje mają być najwyżej trzyosobowe. Powstanie także zaplecze kuchenno-stołówkowe i sanitarne z prawdziwego zdarzenia.

Prace budowlane ruszyły po dwóch latach zastoju dzięki zbiórce pieniędzy podczas Dnia Kotana. Dla ośrodka, który utrzymuje się głównie z datków od darczyńców jest to kropla w morzu potrzeb. Brakuje bowiem męskich ubrań i obuwia. Osoby, które chciałyby pomóc podopiecznym domu, mogą dzwonić pod numer telefonu 022866 75 62.

Trybuna, 06.07.2006 (KAM)

 

 

Od początku lipca rozpoczął działalność punkt konsultacyjny Monaru w Koninie. Mieści się przy ulicy Sosnowej 16, w szczycie Gimnazjum numer 7.

Szansa na pomoc i poradę dla osób i rodzin zmagających się z problemem narkotykowym. - Ten punkt powstał w zasadzie z inicjatywy rodziców, którzy kontaktowali się ze Stowarzyszeniem MONAR szukając pomocy, czy porady w zetknięciu z problemem narkotykowym swoich dzieci - wyjaśnia Iwona Remiszewska, która organizuje działalność MONARU w Koninie.

Na razie do dyspozycji MONAR-u są dwa skromne pomieszczenia w sąsiedztwie Klubu Integracji Społecznej, który również niedawno rozpoczął działalność. Będzie otwarty codziennie od godziny 12.00 do 20.00, w soboty od 9.00 do 13.00.

- MONAR ma w tej chwili ponad l20 różnego typu placówek w Polsce-wyjaśnia I. Remiszewska. - Są to oddziały toksykacyjne, poradnie uzależnień, domy MARKOT, także punkty konsultacyjne, które mają pomóc w diagnozowaniu i leczeniu uzależnień, nie tylko narkotykowych.

W punkcie będzie więc telefon zaufania, w godzinach pracy terapii obsługiwany przez wolontariuszach, którzy stopniowo zgłaszają się do pomocy w MONARZE. To stowarzyszenie zostało bowiem wyłonione w konkursie przez miasto do prowadzenia tego typu działalności profilaktycznej i terapeutycznej w Koninie. Oprócz Iwony Remiszewskiej, która jest psychologiem, w punkcie zaangażowane są dwie specjalistki od terapii i resocjalizacji.

- Chcemy skupić się przede wszystkim na młodzieży - deklaruje Iwona Remiszewska. - Nasza oferta jest adresowana do osób zagrożonych uzależnieniem i uzależnionych oraz ich rodzin, a szczególnie do młodzieży ze szkół gimnazjalnych, średnich i wyższych. Przyjmowane są osoby używające różnego rodzaju substancji psychoaktywnych.

W grę wchodzi poradnictwo indywidualne i grupowe, terapia motywacyjna, kierowanie do ośrodków detoksacyjnych i leczenia uzależnień, diagnostyka i konsultacje.

- Dobrze wiemy, że dostęp naszych dzieci do narkotyków jest coraz łatwiejszy - mówi anonimowo mama licealisty. - Sama dyskretnie sprawdzam syna codziennie, chociaż z założenia mam do niego zaufanie. Wiadomo jednak, że przed szkołami czatują dzieci dilerzy rozprowadzający różne podejrzane środki.

Założeniem MONAR-u jest zmniejszenie liczy osób sięgających po narkotyki, zwłaszcza młodzieży w wieku dorastania, zapewnienie dostępu do profesjonalnej pomocy, gdy istnieje już problem narkotykowy w rodzinie.

Anna Pilarska, 3.07.2006 Gazeta Poznańska

 

Pacjenci z zaprzyjaźnionego z kieleckim oddziałem Monaru ośrodka w Łodzi pomagają przy wykonywaniu końcowego etapu remontu w dawnej szkole w Lutej.

Za dwa, może trzy miesiące pierwsi młodzi pacjenci uzależnieni od narkotyków rozpoczną leczenie w tworzonym od trzech lat ośrodku readaptacyjnym w Lutej koło Stąporkowa. Będzie to pierwszy tego typu ośrodek dla młodzieży w województwie świętokrzyskim.
Trzy lata temu działacze świętokrzyskiego oddziału terenowego stowarzyszenia MONAR, rozpoczęli poszukiwania obiektu, w którym mogliby stworzyć pierwszy ośrodek dla uzależnionej młodzieży. Szef oddziału, Marek Sochacki, mówił nam wtedy, że nasze województwo jest czarną plamą na mapie Polski, a młodzi ludzie, których dotknęło uzależnienie, muszą leczyć się w ośrodkach w Łodzi, Krakowie, a nawet w Gdańsku.
W tym samym czasie władze samorządowe Stąporkowa zastanawiały się, co zrobić z budynkiem po zlikwidowanej szkole w Lutej. Na przypadkowym spotkaniu burmistrza Edmunda Wojny z Markiem Sochackim panowie poruszyli interesujące ich tematy. Efektem rozmowy było postanowienie samorządowców o użyczeniu na 10 lat Monarowi szkolnego budynku.
- Z wielkim zapałem wzięliśmy się do pracy przy adaptacji obiektu na ośrodek - mówi Marek Sochacki. - Ogromnie pomogli nam samorządowcy ze Stąporkowa, a także wiele prywatnych firm, które przekazały nam między innymi płytki ceramiczne, materiały budowlane, meble. Niestety, utknęliśmy w pewnym punkcie, którego pokonanie wymagało pieniędzy. Nie mogliśmy liczyć na państwowe urzędy, które odmawiały nam pomocy. Cóż było robić? Ja i moi koledzy posiłkowaliśmy się własnymi, prywatnymi funduszami.
Od kwietnia tego roku sytuacja w Lutej zmienia się na korzyść z dnia na dzień. Od wielu tygodni wszelkie prace remontowo budowlane wykonują młodzi ludzie z ośrodka leczącego uzależnienia w Łodzi. Czuwają nad nimi zarówno fachowcy - budowlańcy, jak i terapeuci oraz wychowawcy.
Wczoraj w budynku pracowało pięciu młodzieńców z Łodzi. Przemek tynkował ścianę korytarza, Kuba fugował kafelki w łazience, Robert i Bartek malowali przyszłe sale mieszkalne. Maciek w tym czasie przygotowywał obiad dla kolegów i Magdy, wychowawczyni.
- Praca to także terapia - tłumaczy wolontariuszka - pedagog Magdalena Fiuk. - Obecnie pracuje w naszym przyszłym ośrodku pięciu chłopaków, ale jeśli jest taka potrzeba, przyjeżdża tu liczniejsza grupa z naszego zaprzyjaźnionego ośrodka w Łodzi.
Robert i Przemek są zachwyceni Lutą i okolicą. - To znakomite miejsce dla takich ludzi, jak my, potrzebujących wyciszenia, spokoju - mówią łodzianie. - Pracujemy tu z ogromną przyjemnością, bo wiemy, że tworzymy od podstaw nowe miejsce, w którym znajdą schronienie i pomoc młodzi, zagubieni ludzie.
Jak mówi Marek Sochacki, ze względu na ograniczone fundusze Monaru, priorytetem remontowym jest obecnie pierwsze piętro budynku, gdzie już wkrótce będzie mogło rozpocząć leczenie 25 osób. - W przyszłym roku zajmiemy się parterem, a po zakończeniu remontu ośrodek będzie dysponował 40 miejscami. Liczę na to, że władze naszego województwa wreszcie zrozumieją, że placówka taka jest niezbędna. Nie wolno udawać, że nas, mieszkańców województwa świętokrzyskiego, problem narkomanii omija.

Marzena KĄDZIELA, 21.06.2006, portal gazety "Echo Dnia"

 

 
Kontrowersyjna kampania monaru

FUCK EVERY DRUG

"Pieprzyć narkotyki" - takie hasło znalazło się na jednym z biliboardów w Płocku. - To kontrowersyjne, ale lepsze niż moralizatorskie owijanie w bawełnę - uważa młodzież

W pierwszy wakacyjny poniedziałek i jednocześnie Międzynarodowy Dzień Zapobiegania Narkomanii rozpoczęła się ogólnopolska akcja profilaktyczna MONAR-u "Wakacje bez ćpania". Organizatorzy mają nadzieję dotrzeć z informacjami o zagrożeniach do dzieci i młodzieży na wakacjach. Tysiące ulotek propagujących spędzanie wolnego czasu bez używek będą rozdawano w pubach, na koncertach, wycieczkach polach namiotowych. Nasz płocki punkt konsultacyjny postanowił pójść o krok dalej i bardziej dosadnie przemówić do rozsądku młodych ludzi. "Hejże hej - olej klej" "Uważaj! Ktoś chce zarobić na twoim mózgu" czy "Daj se luzu z kompotem, bo zdechniesz pod płotem" - to tylko niektóre hasła tegorocznej akcji informacyjnej płockiego MONAR-u.
Wczoraj wolontariusze rozdawali ulotki, koszulki i "antynarkotykową wodę" w sklepie Auchan. W tym samym czasie po ulicach jeździ mercedes z pogrzebową urną. - Uznaliśmy, że taki gadżet świetnie zilustruje wymyślone przez młodzież hasło: "Prochy bierzesz - w proch się obrócisz" - wyjaśnia Janusz Krajewski z MONAR-u.
Kilka dni temu pojawiły się też billboardy, m.in. z hasłem "Fuck every drug" (z ang. pieprzyć narkotyki) wypromowanym przez miesięcznik "Świat Problemów". - Widziałem, jak reagują na niego przechodnie -mówi Krajewski. -Takie bilboardy przyciągają uwagę i wierzę, że dzięki temu możemy lepiej trafić do ludzi.
Taki sam tekst pojawił się również na koszulkach rozdawanych podczas poniedziałkowego happeningu. -Sam chętnie założyłbym taką koszulkę -zapewnia 16-letni Konrad Szymański.
- Nie ćpam, ale uważam, że "Fuck eyery drug" jest lepsze niż moralizatorskie owijanie w bawełnę. Nie przeszkadza mi wulgaryzm, tylko zastanawiam się, jak zareagują na to starsi ludzie, którzy będą oglądać taki bilboard- dodaje.
Mieszane uczucia ma także Zygmunt Medowski, przewodniczący Rady ds. Profilaktyki Stowarzyszenia MONAR. - Jeżeli ktoś mówi: "Zycie jest do d..., więc trzeba ćpać", to dlaczego inni nie mogą powiedzieć: "Pieprzyć narkotyki"? Takie hasło może być skuteczne, ale ja osobiście jestem zwolennikiem haseł odwołujących się do potencjału młodzieży i wskazujących drogę.

Akcja "Wakacje bez ćpania" będzie trwała do 31 sierpnia. Osoby potrzebujące pomocy mogą przyjść do punktu konsultacyjnego MONAR-u przy placu Dąbrowskiego l po bezpłatne porady. Tel. 0243645412.Ni

MAŁGORZATA GASIK Gazeta wyborcza Płock, 27.06.2006
 

Uwaga, wakacje!

Rozmowa dnia.
Dzień Zapobiegania Narkomanii

Dziś Międzynarodowy Dzień Zapobiegania Narkomanii i ....początek wakacji. Właśnie w wakacje młodzi ludzie najczęściej sięgają po narkotyki po raz pierwszy.
O zagrożeniach rozmawiamy z Radosławem Nowakiem specjalistą terapii uzależnień w Ośrodku Rehabilitacyjnym Dzieci i Młodzieży w Gdańsku.

- Co może zrobić rodzic, by uchronić dziecko przed kontaktem z narkotykami?
- Rodzic powinien wiedzieć co robi dziecko poza domem i z kim się spotyka. Jeśli ma nowych znajomych poznamy ich. Zaprośmy do domu, zorientujmy się, jacy są. Jeśli dziecko idzie na imprezę, zawsze określajmy godzinę powrotu. Jeśli wyjeżdża na obóz, dowiedzmy się z kim i czy jest pod dobrą opieką. Kontrolujmy jego wydatki. Zwracajmy uwagę co i za ile kupuje, a ile pieniędzy zostanie mu w portfelu. Wakacje nie zwalniają nas z obowiązku interesowania się dzieckiem.
- Jeśli dziecko chce jechać na wakacje bez rodziców i wychowawcy?
- zakazywanie tego typu wyjazdów nic nie da. Dziecko jednak musi wiedzieć, że wyjeżdża bo mu ufamy. Należy dać wyraźny sygnał, że jeśli sięgnie po narkotyki czy alkohol to straci to zaufanie.
- Co ma zrobić rodzic, który znalazł w rzeczach dziecka np. marihuanę albo zauważył nakłucie na ręku?
- Na pewno nie robić z niego narkomana. W rozmowie trzeba być kategorycznym, ale nie straszyć czy awanturować się. Jeśli incydent się powtórzy, jeśli dziecko zacznie brać regularnie, to znaczy że ma jakieś problemy i od nich ucieka. Wtedy należy zgłosić się do specjalistów.
- Jak poznać, że brało?
- po zażyciu środków odurzających człowiek ma rozszerzone źrenice, może mieć zaczerwienienia wokół nosa, nakłucia na przedramieniu, jest pobudzony albo ma spowolnione ruchy. Każdy środek ma jednak inne działanie. Powinniśmy zwrócić uwagę na tajemnicze telefony, które odbiera i zmianę jego przyzwyczajeń. Jeśli towarzyskie dziecko nagle zacznie być przygnębione i stronić od przyjaciół to może by6ć sygnał. Czy brało najlepiej wyrywa badanie moczu. Można je zrobić w przychodniach.

Agnieszka Kamińska, Dziennik Bałtycki 26.06.2006

 

Wykopać narkotyki

Pacjenci MONAR-u pokonali wczoraj w meczu piłki nożnej opolskich policjantów 4:1. Zawody były jednym ze sposobów, w jaki MONAR nagłaśniał akcję "Bliżej siebie - dalej od narkotyków".

- Podczas meczu po jednej stronie zagrali ludzie, którzy w większości byli na bakier z prawem, po drugiej ci, którzy przestępców łapią. Zorganizowaliśmy ten mecz, żeby pokazać, że i jedni, i drudzy są zwykłymi ludźmi, którzy czasem grają sobie w piłkę. To ważne, żeby uczyć się rozumieć nawzajem. Zwłaszcza jeżeli chce się wrócić do społeczeństwa, a ci pacjenci chcą- przekonuje Wiesław Witczak z MONAR-u.
Oprócz meczu zorganizowano też w centrum miasta happening, którymiał nagłośnić akcję "Bliżej siebie - dalej od narkotyków". Ponad 50 osób przemaszerowało spod Galerii Centrum na plac Wolności, niosąc na transparentach hasła "Zażywasz przegrywasz" czy "Narkotyki: najlepsze wyjście - nie wchodzić".
- Akcja jest skierowana przede wszystkim do rodziców, żeby im zwrócić uwagę na to, by uczyli się rozmawiać ze swoimi dziećmi. Nie tylko o narkotykach, ale o problemach, przeżyciach, emocjach -mówi Rafał Michalik, terapeuta i jednocześnie kapitan zwycięskiej drużyny piłkarskiej.
Pacjenci, terapeuci i przyjaciele ośrodków w Graczach i Zbicku rozdawali ulotki, tłumaczyli, co to właściwie znaczy rozmawiać z dziećmi. Wszystko przy muzyce Czarnych Smoków, rockowej kapeli z Graczy, gdzie ośrodek MONAR-u obchodzi dziś piątą rocznicę istnienia.
W meczu na stadionie Odry wszystkie gole strzelili MONAR-owcy, także samobójczą. Michalik zapewnia, że jego zawodnicy nie przygotowywali się do meczu z policjantami, a ich forma wynika stąd, że często kopią piłkę w ramach terapii. - Nie chcę usprawiedliwiać kolegów z przeciwnej drużyny, ale prawdą jest też taka, że umówiliśmy się z policjantami, że nie ma ograniczeń co do liczby zmian. Problem w tym, że oni mieli na zmianę tylko jednego, a wczoraj było bardzo gorąco.

Anita Dimitruczuk, Gazeta Wyborcza Opole 17-18.06.2006

 

Najmłodszych też trzeba słuchać

Kampania "Bliżej siebie - dalej od narkotyków" rozpoczęła się dzisiaj w Lublinie.
Organizatorzy chcą dotrzeć do rodziców dzieci biorących narkotyki

W ogólnopolską kampanię antynarkotykową Lublin włączy się po raz drugi. W tym roku przebiega ona pod hasłem "Szukaj porozumienia ze swoim dzieckiem". Promują ją spoty telewizyjne, radiowe i wyświetlane w kinach. - Trafiło do nas 5 tys. broszur informacyjnych i około tysiąca plakatów. Będą rozdawane min. w szkołach i przy okazji imprez masowych - zapowiada Elżbieta Seredyn, ekspert wojewódzki ds. informacji o narkotykach narkomanii. Na wrzesień i październik planowane są darmowe warsztaty dla rodziców, prowadzone przez pedagogów i psychologów. W działania włączy się policja. - Chcemy uczyć rodziców rozmawiania z dziećmi i słuchania ich Spotkania zorganizujemy wszędzie tam, gdzie dostaniemy zaproszenie -precyzuje Seredyn. Specjaliści alarmują, że problem narkomanii staje się coraz poważniejszy.
- Obniża się wiek inicjacji narkotykowej. Po narkotyki sięgają już 12, 13-latki. Najmłodszym pacjentem był ośmiolatek. Dlatego akcje informacyjne powinno prowadzić się w szkole podstawowej - uważa lwona Sztajner, kierownik Poradni Profilaktyki i Terapii Uzależnień "Monar" w Lublinie.
Dane policyjne potwierdzają, że nieletnich zatrzymanych na łamaniu ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii jest coraz więcej.
- W 2003 r. było ich 13 proc., rok później 15 proc., w 2005r. - już 15,5 proc. -wylicza kom. Katarzyna Albera z Wydziału Prewencji Komendy Wojewódzkiej Policji.

Małgorzata Szlachetka, Gazeta Wyborcza Lublin, 07.06.2006

 

 

Prochy coraz tańsze

UWAGA RODZICE MŁODZIEŻ OGARNĘŁO NARKOTYKOWE SZALEŃSTWO

Ceny narkotyków w Lublinie gwałtownie spadły. Tabletka ekstazy u dilera kosztuje tylko 2,50 zł. Nie dość, że jest tańsza niż piwo w klubie, to sprzedawcy nie patrzą na wiek kupujących.
Narkotyki są coraz tańsze, bo takimi prawami rządzi się rynek Jeśli zwiększa się popyt, to ceny lecą w dół - mówi Iwona Sztajner, kierownik Monaru w Puławach, które kiedyś były narkotykowym zagłębiem regionu.
Specjaliści twierdzą że to, co się dzieje dzisiaj w narkobiznesie jest szokujące. O ile wcześniej ekstazy, która ma zbliżone działanie do amfetaminy, kosztowała od 5 do 10 zł, to teraz obowiązują ceny takie, jak do niedawna w "hurcie". W dodatku prochy można kupić w każdym miejscu. Na ulicy, w szkole, w domu i przed kościołem. Do historii przechodzą opowieści o zdobywaniu prochów w toaletach dyskotek, bo dilerzy są generalnie wszędzie. Coraz bardziej popularnym miejscem na zakupy jest też Internet. Każdy może się zorientować w cenach, warunkach i możliwościach np. uprawy konopi indyjskich. W serwisach znajdują nawet instruktaże, jak taką plantację ukryć... przed rodzicami.
Pracownicy zajmujący się terapią z osobami uzależnionymi ubolewają, że po narkotyki sięgają coraz młodsi. A wszystko dlatego, że "dragi" są tanie jak barszcz.
- Dziecko dostaje pieniądze na bilet autobusowy i już ma za co kupić tabletkę. To takie proste... - komentuje Jolanta Wąsowska z zespołu ds. nieletnich przy Komendzie Miejskiej Policji w Lublinie.
l o ile 5-6 lat temu szkoły nie były zainteresowane pogawędkami o prochach, teraz dyrektorzy zaczęli dostrzegać problem.
- Piszą i sami proszą o spotkania mówi Wąsowska.
Ćpające i uzależnione od syntetycznych substancji dzieci to jednak ostatnie ogniwo długiego łańcucha narkotykowego. Zanim jakikolwiek towar trafi w ręce małolata, często pokonuje bardzo długą drogę, bo większość narkotyków do nas po prostu przyjeżdża. I choć lepsza jest wykrywalność tego typu przestępstw, zwiększa się jednocześnie ilość towaru, który jest w sprzedaży. Tylko w ostatnich miesiącach policjanci z lubelskiego CBS przechwycili w Warszawie 4 kg amfetaminy. Niedawno również hrubieszowska policja zatrzymała braci handlujących środkami odurzającymi. W tym roku na przejściu w Terespolu amfetamina i heroina miały udawać proszek do pieczenia.
Narkobiznes kwitnie, a ujawnione przypadki handlu gigantycznymi ilościami "prochów" to podobno tytko wierzchołek góry lodowej. Policjanci z sekcji zajmującej się narkotykami w Komendzie Miejskiej Policji w Lublinie nie chcą i podobno nie mogą komentować sprawy.
-To nie są dane do publicznej wiadomości - ucina dociekania Witold Laskowski z biura prasowego policji.

Agnieszka Dziaman, Kurier Lubelski, 06.06.2006


GDZIE PO POMOC
• MONAR, ul. Hutnicza 10 b, Lublin, tel. (081) 745 10 10
• "Agape" Katolickie Stowarzyszenie Pomocy Osobom Uzależnionym, ul. Bernardyńska 5, Lublin, tel. (081) 5343887
• Oddział Detoksykacyjny Szpitala Neuropsychiatrycznego, Abramowicka 2, Lublin, (081) 7574527

 

Podpalono z zemsty?

W nocy z 20 na 21 maja w chełmskim ośrodku MONAR- MARKOT na ulicy Kąpieliskowej wybuchł pożar, który strawił część budynku gospodarczego. Mieszkańcy ośrodka podejrzewają podpalenie.

Pożar wybuchł w drewnianym magazynie chełmskiego Monaru, w którym przechowywane były rzeczy pochodzące ze zbiórki: żywność, ubrania, obuwie, meble. W tym samym budynku znajdowała się również stołówka i kuchnia którą od ognia uchroniła jedynie murowana ściana.
- Było po 23.00. Żona zauważyła, że znajdujący się w pobliżu naszego mieszkania barak płonie. Szybko pobiegłem do kierowniczki, krzycząc żeby wezwała straż pożarną- mówi Marek, mieszkaniec Monaru.
- Walka z żywiołem trwała 4 godziny . Istniało ogromne zagrożenie dla ośrodka. Jeśli ogień nie zostałby szybko ugaszony, mógł rozprzestrzenić się na pobliskie budynki mieszkalne - relacjonuje Piotr Ołówek, rzecznik prasowy chełmskiej komendy straży pożarnej.- Najpierw był panika , szok i strach o siebie i piątkę moich dzieci. Po tym zdarzeniu mam koszmary, budzę się w środku nocy w obawie, że może się powtórzyć- z niepokojem opowiada Ewa Kardas, lokatorka ośrodka
-Mieszkają tutaj 64 osoby, w tym 13 dzieci. Przecież gdyby nie szybka reakcja strażaków, wszyscy mogliśmy zginąć. Budynek, w którym zniszczeniu uległy ściany i dach, będzie trzeba rozebrać. Jednak Monar nie jest w stanie pokryć kosztów wywozu na śmietnik tego co pozostało po spalonym składzie.
-Częściowo ucierpiał magazyn żywności . Musieliśmy wyrzucić ponad 100 kg mąki, kaszy, i cukru bo przesiąknęły dymem. Do użytku nie nadają się także ubrania i meble- ze smutkiem informuje Barbara Fijałkowska, szefowa chełmskiego Monaru. Podejrzewamy że ogień mógł podłożyć ktoś z byłych mieszkańców, wyrzucony być może za alkohol lub narkotyki.
Policja nie ustaliła jeszcze co było przyczyną pożaru. Opinia biegłego będzie znana dopiero w tym tygodniu.
Mieszkańcy Monaru nie pozostali bez wsparcia. Zbiórkę odzieży i obuwia prowadzi dla nich MOPR oraz Urząd Miasta Chełm. Natomiast pomoc przy rozbiórce spalonego budynku zaoferował MPGK.

(hms) 23.05.2006

 

Po pożarze w chełmskim ośrodku MONAR - MARKOT przestraszeni mieszkańcy wystawiają w nocy straże

Boimy się, że podpalacz wróci

Chociaż nie ma jeszcze opinii biegłego, która określiłaby przyczyny pożaru w ośrodku Monaru, mieszkańcy są przekonani, że to było podpalenie. Od feralnej nocy boją się, że podpalacz wróci, aby skończyć to, co zaczął.

Ogień pojawił się nocą w drewnianym budynku na skraju ośrodka. Na szczęście nikt w nim nie mieszkał. Wewnątrz przechowywano rzeczy, które udało się pozyskać: żywność, meble, ubrania i zabawki dla najmłodszych. - Nie wiedziałam, co się dzieje. Obudziło mnie łomotanie w okno i krzyki, że się pali - Barbara Fijałkowska, szefowa ośrodka ciągle nie może spokojnie opowiadać o wydarzeniach tamtej nocy. - Okazało się, że ktoś już wezwał straż. Ale kiedy przyjechała, płomienie wydostawały się już z budynku wysoko ponad dach.
Potwierdza to Piotr Ołówek, rzecznik chełmskiej straży pożarnej. - Istniało zagrożenie, że ogień może przenieść się na sąsiedni, zamieszkany, budynek - mówi.
Wyrwani ze snu mieszkańcy razem z dziećmi wybiegli na dwór. Przestraszeni obserwowali, jak ratownicy zmagali się z żywiołem. Pożar ugaszono nad ranem. Rozpoczęło się liczenie strat. - Z przechowywanych w magazynie mebli nic nie zostało - ubolewa Fijałkowska. - Musieliśmy wyrzucić przesiąkniętą dymem żywność. Prawdopodobnie niewiele uda się uratować z odzieży. Choć ogień do niej nie dotarł, swoje zrobiły dym i woda. Na szczęście ocalała kuchnia i stołówka.
Strawiony przez ogień budynek trzeba będzie rozebrać. Bez odpowiedniego sprzętu nie będzie to łatwe. Problemem może być także pozostała w ścianach wata szklana. Ale to nie wszystkie kłopoty, bo pożar pozostawił po sobie nie tylko straty materialne, ale także strach. Mieszkańcy są przekonani, że pożar nie był przypadkowy. - To podpalenie - mówią z przekonaniem. - Może to ktoś wyrzucony z ośrodka za picie albo narkotyki. Może chcieć dokończyć to, co zaczął.
Już trzecią noc pilnują terenu. Aż do rana. Nikt nie narzeka, bo boją się wszyscy. - Zawsze jest dwóch portierów, ale my z kolegą też wstajemy w nocy i sprawdzamy - mówi jeden z mężczyzn. - Nie wiem, co bym zrobił takiemu draniowi, jakbym go złapał.
Policja na razie wstrzymuje się z ocenami. - Lada dzień będziemy mieli opinię biegłego. To od niej będzie zależało, jakie dalej podejmiemy działania. - mówi Henryk Marciniak, rzecznik chełmskiej policji.
Dotąd miasto nie zorganizowało jeszcze żadnej pomocy dla podopiecznych ośrodka. - Będę rozmawiał na ten temat z prezydentem - mówi Mariusz Kowalczuk, dyrektor Wydziału Spraw Społecznych. - Na pewno nie zostawimy tych ludzi samym sobie.

Joanna Sadowska

 

Bezpieczeństwo dla narkomanów

Zarząd krakowskiego MONARU chce utworzyć pokój do bezpiecznych iniekcji. Takie pomieszczenie miałoby ograniczyć narkotyzowanie się w miejscach publicznych i związane z tym zagrożenia. W myśl obecnej ustawy antynarkotykowej - pokój działałby nielegalnie. Ludzie biorą narkotyki w każdej kulturze, pomimo prób zablokowania handlu. Według Światowej Organizacji Zdrowia skuteczne działania, które mogłoby zapobiec używaniu narkotyków - nie istnieją. W dobie epidemii tej choroby działania profilaktyczne wśród narkomanów są więc szczególnie ważne i potrzebne.
Pokój iniekcyjny to jedno z założeń redukcji szkód. Ma ona dwa główne cele. Pierwszy - to dostarczenie czystych igieł i strzykawek do jak największej liczby chorych. program ten realizują krakowscy street - workerzy. Drugi cel - stworzenie monitorowanego, sterylnego miejsca dokonywania iniekcji. Ograniczyłoby to narkotyzowanie się w miejscach publicznych i związane z tym przypadkowe zakażenia. - dla chorej osoby zabieg, którego dokonuje, jest czysto fizjologiczny jak siusianie - twierdzi Grzegorz Wodowski, członek zarządu małopolskiego Monaru. - Czy gdyby zamknąć szalety miejskie przechodnie przestaną mieć pełne pęcherze? Oczywiście, że nie. Swoje potrzeby załatwią w krzakach czy w bramie, obsikując sobie nogawki - dodaje.
Redukcja szkód może powstrzymać rozprzestrzenianie się chorób zakaźnych, włączając w to HIV/AIDS, wirusowe zakażenia wątroby typu B i C wśród całego społeczeństwa. Ogranicza używanie narkotyków w miejscach publicznych oraz pozostawianie tam igieł i strzykawek. Program redukcji szkód jest pomostem łączącym narkomanów z sektorami opieki socjalnej, medycznej i terapeutycznej, dzięki którym mogą rozwiązywać swoje problemy związane z uzależnieniem. - Docierając do narkomanów, stwarzamy im szansę na dokonywanie pozytywnych zmian. Mając nadzieję, że w przyszłości mogą zaprzestać przyjmowania narkotyków - chcemy stwarzać im warunki do minimalizowania szkód, jakie związane są z ich używaniem - wyjaśnia Grzegorz Wodowski.
Zakażenie wirusem HIV i wirusem wątroby prowadzą do śmierci. Środki stosowane przez redukcję szkód ratują więc życie.
Przychodząc do pokoju iniekcyjnego klient otrzymywałby czysty sprzęt do zabiegu. Znajdowałby się pod superwizją pracownika placówki, który w przypadku przedawkowania natychmiast udziela pomocy. Pokoje iniekcyjne i depenalizacja spowodowałyby zyski społeczne, ponieważ skutkują mniejszą ilością publicznych zachowań związanych z iniekcjami, oraz mniejszą ilością osób w więzieniach. Za leczenie oraz utrzymanie w więzieniu narkomanów, płacą bowiem podatnicy. Jednak, w myśl obecnej ustawy antynarkotykowej, taki pokój działałby nielegalnie.

Malwina Tarłowska, Dziennik Polski, 23 maja 2006 r.

 

Mają trudności w walce z codziennością

Dwa miesiące temu pisaliśmy o nastoletnich pacjentach Monaru, którzy stworzyli program profilaktyczny dla młodzieży z łódzkich blokowisk. Program właśnie ruszył.

Michał zetknął się z narkotykami na osiedlu. - Kumple, zabawa i odlot. Nic innego się nie liczyło - wspomina dawne czasy. Na szczęście, dzięki rodzicom, sądowi i policji trafił do Monaru. Tam poznał Piotrka, Łukasza i Martyna. Na jednym z letnich obozów chłopcy spotkali się z wychowawcami gdańskiego ośrodka. - Opowiedzieli nam o projekcie, którzy stworzyli. Jego celem jest odciągnięcie młodzieży od narkotyków poprzez zajęcia muzyczne. Pomyśleliśmy, czemu by nie spróbować w Łodzi - opowiada Michał.
Wspólnie napisali program, na który dostali dofinansowanie z UE. Nazwali go "Walką z codziennością". Udział w nim może wziąć każdy w wieku 16 - 25 lat. Na zajęciach młodzi ludzie przez osiem miesięcy będą uczyć się tworzyć muzykę hiphopową i rockową. - Przyjmujemy już pierwsze zgłoszenia. Stworzyliśmy kilka sekcji: nauki gry na gitarze elektrycznej, basowej i perkusji. Są też zajęcia, gdzie uczestnicy będą próbowali pisać teksty i obsługiwać specjalistyczne programy do robienia takiej muzyki - opowiada Michał. Kilkumiesięczny projekt to także spotkania z ciekawymi ludźmi i dwukrotna wizyta w studiu nagraniowym. Podsumowaniem będzie nagranie płyty oraz koncert dla rodziny i przyjaciół.
W Młodzieżowym Ośrodku Socjoterapii SOS przy ul. Wapiennej pojawili się pierwsi zainteresowani programem. - Jeszcze pokażę, co potrafię. Płyta, sława, nagrody, teledyski i kobiety. Zobaczą, na co mnie stać! - zapowiadał szesnastolatek. Byli też tacy, którzy znaleźli szansę na spełnienie swoich marzeń. - Zawsze chciałem nauczyć się grać na gitarze, ale nigdy nie było możliwości. Przez pieniądze. Teraz może się udać! - mówił Marcin, uczeń technikum.
Chociaż organizatorzy są zadowoleni z odzewu młodzieży, liczą jednak cały czas na więcej. Dzwonią po całej Polsce w poszukiwaniu sponsorów, a chętnych werbują nawet na ulicach. - Rozwieszamy plakaty, rozdajemy ulotki, zaczepiamy ludzi na Piotrkowskiej, szukamy ludzi w domach dziecka. Ciągle ich jednak brakuje. Podobnie jak sprzętu. Potrzebujemy wzmacniacza, gitar - wymienia kolejno Martyn. - Mógłby nam też pomóc jakiś nauczyciel śpiewu i profesjonalny zespół hiphopowy, który pokazałby nam parę sztuczek - dodaje Michał, odliczając dni do pierwszych zajęć praktycznych, które ruszą zaraz po świętach. -Jeśli szybko czegoś nie znajdziemy, nie wiem, co będzie dalej - martwi się.

Grzegorz Blachowski, Gazeta Wyborcza, Łódź 19.04.2006

 

Wiosna na trzeźwo

Festyn w Parku

Jak nie wpaść w sidła narkotyków i jak nie ulec alkoholowi, takie bezcenne rady, otrzymali uczniowie, którzy wczoraj wzięli udział w festynie na powitanie wiosny. Choć było na poważnie, nie zabrakło dobrej zabawy: grała muzyka, można było pośpiewać i potańczyć.
Jako pierwsi na miejsce dotarli uczniowie klasy piątej ze szkoły Podstawowej nr 12 z ulicy Wspólnej. - Szukamy wiosny, chociażby najmniejszych śladów. Dlatego przyszliśmy tu do parku. Ale to tylko jedno z miejsc, które dzisiaj odwiedzimy. Przy okazji utrwalamy sobie zasady ruchu drogowego- wyjaśniła nam Elżbieta Kaleta, nauczycielka wychowania fizycznego z "dwunastki".
Zaraz po nich zjawili się uczniowie klasy II b Liceum Profilowanego z Kieleckiego Zakładu Doskonalenia Zawodowego. Przynieśli oni ze sobą marzannę, wykonaną przez Mariolę Kaletę i Sylwię Wieczorek. Wszyscy, którzy przyszli do Kieleckiego parku miejskiego, mogli liczyć na udaną zabawę. Do tańca zachęcał Silnio Sambii, Maltańczyk, którego nie odstraszyła polska zima. Były też konkursy. Wybierano najładniejszą Marzannę i najsympatyczniejszą klasę. Wysoki poziom imprezy zapewnili też sami prowadzący, niezrównany w tej roli Wit Chamera. Dariusz Łuczak ze Świętokrzyskiego Centrum Profilaktyki i Edukacji oraz Marek Sochacki ze Świętokrzyskiego Monaru rozdawali ulotki i informowali uczniów do czego mogą doprowadzić narkotyki i alkohol. Zmaganie człowieka z otaczającym go światem obrazował także happening pod tytułem "To" zaprezentowany przez aktora Kubę Sielskiego.

/dota/ Echo dnia nr 69, 22.03.2006

 

Nie czekamy na mannę z nieba

- Nasze święta nie różnią się od tych w polskich domach - mówi Tomasz Baliński, kierownik Ośrodka Monarowskiego w Klizinie (gm. Kodrąb)

Ireneusz Staszczyk: Dzisiaj przypada Dzień Bezdomnego, to chyba dość smutne święto...
Tomasz Baliński: - To nawet wstyd, że taki dzień jest w kalendarzu, ale z drugiej strony, jak świat światem, bezdomni byli i będą. Bezdomnym można zostać z tysiąca różnych powodów, to może spotkać właściwie każdego z nas... Problemem jest, jak wyjść z bezdomności.
A można z tego wyjść?
- Można. Jest to jednak bardzo trudne, najważniejsze, żeby ktoś na początku tej trudnej drogi pomógł.
Przyzna Pan, że bezdomnym często zostaje się z wyboru, na własne życzenie?
- Zgadzam się. Choć wyobrażenie o bezdomnych u nas jest jednak powierzchowne. To menel, brudny, zaniedbany, pijący wodę po goleniu, denaturat. Jednak tak nie jest... Bo, gdy zdrowy chłop traci pracę, ma koło pięćdziesiątki, siedzi w domu, żona ciosa mu kołki na głowie, to wychodzi przed blok, znajduje podobnych kompanów, wypijają jedno, dwa piwa i tak się zaczyna.
Ale bezdomnymi są też ludzie młodzi?
- Tak, ma pan rację, bo do pewnego wieku państwo jest dobrym wujkiem i podaje wszystko na tacy. Później, na przykład "absolwenci" domów dziecka w chwili usamodzielnienia zostawieni są sami sobie, bezradni wobec codziennych problemów. Dlatego tak wielu trafia na ulicę...
To jaka jest recepta na wyjście z bezdomności?
- Praca... U mnie w ośrodku wszyscy podopieczni pracują. Tutaj manna im z nieba sama nie spadnie. Prawie trzydziestu zdrowych mężczyzn, gdyby nic nie robiło, to głupie myśli przychodziłyby im do głowy.
Bezdomność szczególnie dokucza w okresie świąt, jak spędzicie więc ten czas?
- Nasze święta niczym nie będą się różnić od tych w polskich domach. Wielu z nas wybiera się na mszę rezurekcyjną, będzie tradycyjne śniadanie. Wiem, że są też prowadzone przygotowania do lanego poniedziałku. U nas jajeczka czy małe sikaweczki nie wchodzą w rachubę. W ruch idą najczęściej wiadra.
A ile wielkanocnych koszyków przygotujecie?
- To będzie jeden wielki kosz wielkanocny, a może nawet nie kosz tylko wóz drabiniasty, którym pojedziemy do kościoła. Będzie w nim kilkanaście kilogramów kiełbasy, a jajek to tak naprawdę jeszcze nie wiem, ile z pewnością ponad 50.

 

Teraz Monar

Największa organizacja w Polsce przeciwdziałająca narkomanii prowadzi rozmowy z władzami miasta w sprawie utworzenia w Gorzowie poradni dla osób uzależnionych od narkotyków oraz ich rodzin.

Jak pokazują statystyki, problem sięgania po narkotyki wśród młodzieży jest poważny. Dlatego już kilka tygodni temu radny Piotr Dębicki opowiadał się za wprowadzeniem do szkół narkotestów. Po naszym artykule na ten temat pojawiły się kolejne pomysły przeciwdziałania narkomanii w Gorzowie; między innymi pomysł utworzenia placówki Monaru. - Istnieje poradnia przy ul. Towarowej oraz Towarzystwo Przeciwdziałania Narkomanii, ale to za mało. Potrzebny jest ośrodek z dużym doświadczeniem i wypracowanymi metodami działania - mówi radny. Zdaniem szefowej organizacji Jolanty Koczurowskiej szansa na powstanie Poradni Profilaktyki i Terapii MONAR w Gorzowie jest realna. - Przeprowadziliśmy już wstępne rozmowy z przedstawicielami władz miejskich. Jesteśmy obecnie na etapie przygotowywania naszej oferty, która zostanie przedstawiona panu prezydentowi -mówi szefowa organizacji. Jej zdaniem taka placówka w Gorzowie jest potrzebna. Nie wiadomo jeszcze, czy władze Gorzowa zgodzą się na powołanie ośrodka. - Na pewno pomysł jest godny uwagi, ale przede wszystkim musimy przeprowadzić konsultacje z ekspertami, by ocenić, czy potrzebna jest kolejna poradnia - mówi wiceprezydent Zofia Bednarz. Urzędnicy boją się także, że pomysł spotka się ze sprzeciwem społecznym. W nadchodzącym tygodniu przedstawiciele organizacji mają wysłać oficjalne pismo do prezydenta Tadeusza Jędrzejczaka.

28.02.2006, Gazeta Wyborcza, JULITA PIEŃKOSZ, Zielona Góra

 

Po narkotestach czas na Monar

Największa organizacja w Polsce przeciwdziałająca narkomanii prowadzi rozmowy z władzami miasta w sprawie utworzenia w Gorzowie poradni dla osób uzależnionych od narkotyków oraz ich rodzin.

Jak pokazują statystyki, problem sięgania po narkotyki szczególnie wśród gorzowskiej młodzieży jest poważny. Według anonimowej ankiety przeprowadzonej przez Towarzystwo Zapobiegania Narkomani do kontaktu z narkotykami przyznaje się 26 proc. gimnazjalistów i 43 proc. licealistów. Dlatego już kilka tygodni temu radny Piotr Dębicki opowiadał się za wprowadzeniem do szkół narkotestów. Po naszym
artykule na ten temat pojawiły się kolejne pomysły przeciwdziałania narkomanii w Gorzowie, między innymi pomysł utworzenia placówki Monaru, jednej z największych w Polsce organizacji zajmującej się przeciwdziałaniem narkomanii. - Jeden z internautów, komentując artykuł w internecie, zaproponował, żeby zamiast narkotestów powstała w Gorzowie profesjonalna placówka pomagająca ludziom uzależnionym i skontaktował mnie z przedstawicielem krakowskiego Monaru - opowiada Dębicki. Zdaniem radnego powstanie takiego ośrodka w Gorzowie
jest bardzo ważne, ponieważ mało jest miejsc, gdzie ludzie borykający się
z problemem narkotyków mogą uzyskać profesjonalną pomoc. - Istnieje poradnia przy ul. Towarowej oraz Towarzystwo Przeciwdziałaniu Narkomanii, ale to za mało. Potrzebny jest ośrodek z dużym doświadczeniem i wypracowanymi metodami działania - mówi. Zdaniem szefowej organizacji Jolanty Koczurowskiej szansa na powstanie Poradni Profilaktyki i Terapii Monar w Gorzowie jest realna. -Przeprowadziliśmy już wstępne rozmowy z przedstawicielami władz miejskich.
Jesteśmy obecnie na etapie przygotowywania naszej oferty, która zostanie
przedstawiona panu prezydentowi - mówi szefowa organizacji. Jej zdaniem taka placówka w Gorzowie jest potrzebna. - Mamy 30 lat doświadczenia w pracy z osobami używającymi narkotyków. Udzielamy pomocy specjalistycznej w zakresie konsultacji, poradnictwa, terapii indywidualnej i grupowej, oferujemy pomoc ambulatoryjną, stacjonarną terapię oraz rehabilitację dla osób uzależnionych. Dysponujemy profesjonalnymi kadrami - mówi Koczurowska. Nie wiadomo jeszcze, czy władze Gorzowa zgodzą się na powołanie w Gorzowie takiego ośrodka. - Na pewno pomysł jest godny uwagi, ale przede wszystkim musimy przeprowadzić konsultacje z ekspertami, by ocenić, czy problem narkomanii w Gorzowie jest aż tak duży, by powoływać kolejną poradnię - mówi wiceprezydent Zofia Bednarz. Urzędnicy boją się także, że spotka się to ze sprzeciwem społecznym. - Ludzie na ogół wiedzą, że problem istnieje, ale starają się go odsunąć jak najdalej. Taka poradnia może budzić kontrowersje - mówi wiceprezydent. Na razie nie wiadomo też, gdzie miałaby się mieścić poradnia. - Czekamy na wniosek Monaru, bo musimy dokładnie wiedzieć, jakie wymagania musi spełniać lokal.
Wtedy dopiero będziemy szukać miejsca - tłumaczy wiceprezydent Ewa Piekarz. Zdaniem Koczurowskiej lokal może być skromny, ale powinien być łatwo dostępny. - To musi być minimum 70 m kw., z dwiema toaletami dla osób uzależnionych i zdrowych - mówi. Trzeba też będzie znaleźć pieniądze na dwa etaty dla osób pracujących w poradni.

Władze miasta chętnie pomogą w znalezieniu odpowiedniego lokalu.
O finansowaniu działalności poradni na razie nie może być mowy. - Jako organizacja pozarządowa Monar może wystartować w konkursie na takie usługi w przyszłym roku - mówi Jolanta Cieśla, rzecznik magistratu.

W nadchodzącym tygodniu przedstawiciele organizacji mają wysłać oficjalne pismo w sprawie gorzowskiej placówki Monaru do prezydenta Tadeusza
Jędrzejczaka.

28.02.2006, Gazeta Wyborcza, Julita Pieńkosz, Gorzów Wielkopolski

 

Tłok w noclegowniach - śpią gdzie się da

Łóżka stoją wszędzie, gdzie tylko się mieszczą. Wieczorami dokładane są jeszcze materace. Noclegownie dla bezdomnych wykorzystują każdy metr kwadratowy podłogi.

Teoretycznie nie powinniśmy już nikogo przyjmować, ale przecież na taki mróz nikogo nie wyrzucimy. mówi Mariusz Depa, kierownik noclegowni Markotu przy ulicy Borówki w Poznaniu. Miejsca do spania zaaranżowaliśmy już wszędzie, gdzie się dało. Zajęte są biura i świetlica. Kto nie ma się gdzie położyć, siedzi na krześle.

Taka sytuacja jest niemal w każdej poznańskiej noclegowni. Bezdomni mogą liczyć tu nie tylko na miejsce do spania. Trzy razy dziennie wydawany jest posiłek. Na obiady przyjeżdżają ludzie z całego Poznania, nie tylko mieszkańcy naszej noclegowni. mówi M. Depa. Osoby, które opuszczają szpitale odsyłamy raczej do pogotowia społecznego. Tam jest pielęgniarka, opieka całodobowa. Aby zamieszkać w noclegowni trzeba przystosować się do panującego tu regulaminu. Nie każdemu odpowiada zakaz picia alkoholu, czy palenie papierosów w wydzielonych miejscach. Wielu ryzykuje zdrowie, a nawet życie w imię dziwnie pojmowanej wolności.

Spędzam tu prawie całe dnie, ale mieszkam z kolegami na działkach - mówi Irek. Nie boję się mrozu. Mamy piecyk, jakoś sobie radzimy. Noclegownia to nie dla mnie. Duszę się w takich miejscach na dłuższą metę. No, ale pogoda czasami zmusza do kompromisów.

8.02.2006, KRYSTIAN SZRAMA, Głos Wielkopolski

 

MONAR Ośrodek i tak ruszy

W połowie roku ma ruszyć ośrodek profilaktyczny bydgoskiego "Monaru" przy Świętej Trójcy.

Starania o utworzenie takiego ośrodka trwają już od pewnego czasu. Do tej pory nie udawało się znaleźć jednak odpowiedniej lokalizacji. Przeciwko tej przy ulicy Polnej protestowali okoliczni mieszkańcy. Ponad rok temu miasto przekazać "Monarowi" budynek przy ulicy Świętej Trójcy. Na początku 2005 roku została podpisana umowa użyczenia obiektu. Zgodnie z nią, Administracja Domów Miejskich zobowiązała się do przeprowadzenia drobnych remontów. "Monar" jako najemca budynku ma zająć się dalszą adaptacją. -Umowa jest bardzo korzystna dla "Monaru", bo uiszcza tylko opłaty eksploatacyjne, a nie pobieramy od nich czynszu -mówi Krzysztof Nurkiewicz z ADM. -My już wykonaliśmy prace, do których się zobowiązaliśmy. Usunęliśmy skutki pożaru, jaki miał tam kiedyś miejsce, a wiosną założymy instalacje wodną -dodaje Nurkiewicz.

Wiadomo już, że gruntowny remont budynku przy Świętej Trójcy będzie kosztował 104 tysiące złotych. -Jeżeli nie dostaniemy całej sumy od miasta, zamierzamy modernizować obiekt etapami -tłumaczy Marek Południak z "Monaru". -Obliczyliśmy, że na doprowadzenie pomieszczeń do w miarę dobrego stanu potrzebujemy około 30 tysięcy. Tyle akurat mamy.

Ośrodek profilaktyczny "Monaru", który prawdopodobnie ruszy w połowie roku, ma się zajmować nie tylko pomocą dla dzieci i młodzieży uzależnionych od narkotyków.
-Chcemy stworzyć coś na kształt świetlicy terapeutycznej dla dzieciaków z tak zwanych trudnych rodzin -dodaje Południak. -Mamy już odpowiednią kadrę, miedzy innymi psychologów i pedagogów do pracy z dziećmi.

10.02.2006, ANNA STASIEWICZ, Gazeta Pomorska 

 

OŚRODEK MONARU w Lucie nie może zacząć funkcjonować Tylko kuchni brak.

Młodzi narkomani wciąż nie mają swojego ośrodka leczenia w Lucie koło Stąporkowa. Co prawda w marcu zakończy się remont piętra, ale brakuje pieniędzy na kuchnię, a bez niej ośrodek nie może działać.

Kiedy trzy lata temu świętokrzyski ośrodek terenowy stowarzyszenia Monar
otrzymał od władz samorządowych budynek po szkole w miejscowości Luta,
wydawało się, że szybko powstanie pierwszy w województwie ośrodek leczenia uzależnionej młodzieży. Tymczasem nie ma go do dzisiaj. Dorośli alkoholicy i narkomani (po 18. roku życia) mają gdzie się leczyć, młodych trzeba odsyłać do ośrodków w innych częściach kraju. - Adaptację budynku robimy prawie
wyłącznie dzięki prywatnym sponsorom. Trudno się doprosić jakąkolwiek instytucję o wsparcie. Ja tego nie rozumiem, bo pieniądze na leczenie takiej młodzieży są, ale nie ma na remont czy adaptację pomieszczeń - żali się Marek Sochacki, przewodniczący świętokrzyskiego Monaru. Wylicza, co już zrobili. Od PHU Jezierski dostali okna, od Domu Dziecka "Dobra Chata" przy ul. Sandomierskiej w Kielcach wyposażenie dla 40 osób - łóżka, koce, kołdry, pościel, szafki.

Za pieniądze sponsorów wykończyli sanitariaty, w marcu zakończą remont
pierwszego piętra. Opłacają stróża, prąd, ogrzewanie. Pensjonariuszy jednak w ośrodku nadal nie ma. - Bez kuchni nie ma mowy o odbiorze obiektu. Tak mało nam
brakuje, 30-40 tys. zł - mówi Sochacki. Jedyną instytucją, która dofinansowała ośrodek, jest Świętokrzyski Urząd Wojewódzki, który przyznał 5 tys. zł dotacji. - Występujemy do urzędu marszałkowskiego, ale bezskutecznie. Ostatnio

ogłosił nawet program zapobiegania ileczenia narkomanii. Zapisany jest warunek, że pieniądze można przeznaczyć na programy profilaktyczne, lecz nie na remonty ani na adaptacje budynku. I tak w koło Macieju - twierdzi Sochacki.

- Znamy ten problem. Niestety, przepisy nie pozwalają na dofinansowanie remontu, adaptacji i wyposażenia takich obiektów - twierdzi Barbara Green, zastępca dyrektora departamentu spraw społecznych urzędu marszałkowskiego.
Wygląda na to, że i w tym roku świętokrzyskie pozostanie jedynym województwem bez stacjonarnego ośrodka dla leczenia młodych osób uzależnionych od narkotyków.

22.02.2006, ZIEM, Gazeta Wyborcza Kielce

 

Z tego bagna można wyjść

Są licealistami. Brali narkotyki, teraz z nich wychodzą. Wymyślili, jak odciągnąć od narkotyków młodzież z blokowisk. 4,5 tys. euro da na ich pomysł Unia Europejska.

Michał Budrewicz, lat 18, właśnie skończył terapię w łódzkim ośrodku Monar. Był tam przez 20 miesięcy.- bez dwóch dni- zaznacza. Jego kolega, 17- latek Piotrek Dudziński, leczy się tam 9 miesiąc.
Po narkotyki sięgnęli bardzo wcześnie.- miałem 13 lat i żadnych przyjaciół. Zawsze stałem z boku - opowiada Piotrek. - Chciałem wkręcić się w osiedlowe towarzystwo. Najprostszy sposób? Wspólne jaranie trawki. Potem poszło wszystko naraz. Nawet nie chce się wymieniać.
Michał też zaczął brać na osiedlu. - Kumple, zabawa i odlot. Nic innego się nie liczyło zacząłem od amfetaminy, później doszły ekstazy i marihuana. I zaczęły się kłopoty z prawem.
Rodzice, nakazy sądowe i policyjne upomnienia zmusiły chłopaków do leczenia. Piotrek przyjechał do łódzkiego Monaru ze Skarżyska kamiennej, Michał z Gdańska. - Nie wierzyłem, ze się uda. Przez 20 miesięcy mojego pobytu terapię skończyło zaledwie kilka osób. A i tak nie ma pewności, że ten, kto wychodzi, już nie weźmie - mówi Michał. Piotrek swój pobyt traktował jako przeczekanie. - Nie chciałem się w nic angażować. Tylko uciec od problemów.
Przełom to letni obóz pacjentów Monaru. -Wychowawcy z gdańskiego ośrodka zaczęli opowiadać o projekcie, który ma odciągać dzieciaki od narkotyków. Organizowali dla nich zajęcia muzyczne, skoki na spadochronach i wspinaczkę - mówi Piotrek. - Pomyśleliśmy, ze w Łodzi też nie brakuje dzieciaków, które nie wiedzą, co ze sobą zrobić.
Piotrek i Michał napisali program., który ma wyciągnąć młodzież z ponurych łódzkich blokowisk. Może zgłosić się każdy w wieku 16-25 lat. Pomyśleliśmy, ze najbardziej zainteresuje ich muzyka, dlatego całość opiera się na stworzeniu dwóch warsztatów: rockowego i hiphopowego - wyjaśniają. Przez osiem miesięcy będą uczyć się grać na różnych instrumentach, poznając techniki obróbki dźwięku i stworzą własny repertuar. Uzupełnieniem będą systematyczne spotkania z terapeutami z Monaru i rozmowy o uzależnieniach i narkotykach.
Na próby i zajęcia terapeutyczne pomieszczenia udostępni za darmo łódzki Szkolny Ośrodek Socjoterapii. Ola Kubiak, terapeutka z Monaru, zorganizowała profesjonalnego DJ-a i darmowy czas w studiu nagrań. Po zakończeniu projektu grupa nagra własną płytę! Planujemy też duży koncert dla rodzin, znajomych i podopiecznych Monaru. Niech się przekonają, ze z tego bagna można wyjść- mówi Piotrek.
Teraz muszę jeszcze zdobyć instrumenty. - Mamy perkusję, ale jeszcze niekompletną. Brakuje gitar i wzmacniaczy. Staramy się o zniżki i sponsora, ale jest ciężko - przyznaje Michał.
Projekt spodobał się Narodowej Agencji programu "Młodzież" w warszawie, która dała na jego realizację 4,5 tys. euro z funduszy unijnych. -Gdy przyszła odpowiedź, ze po drobnych poprawkach możemy dostać kasę, ślęczeliśmy w papierach godzinami, wydzwanialiśmy, gdzie tylko można było. I udało się! - opowiada Michał.
- Program jest zaakceptowany. Rusza 1 marca - mówi Amudena Rutkowska nadzorująca program Młodzież" w Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji. - Chłopaki zrobili kawał świetnej roboty.

27.01.2006, Gazeta Wyborcza Justyna Dukowska, Łódź

 

Dzieci z Bajki

Za lasem, na obrzeżach Warszawy jest miasto w mieście - Bajka, dom samotnej matki z dziećmi. Bajka tylko z nazwy

Zimą jest jeszcze ciemno, gdy wydreptują ścieżki do szkoły przez las. "Markotowskie" dzieci nie boją się tutejszych dzików, jakby co, położą się na ziemi. Bardziej boją się pijanych ojców i śmiechu dzieci z zewnątrz, które nazywają "te z blokowisk". Agnieszka zacina się w czytaniu, Kamil ucieka ze szkoły, a do Karola nauczyciel znów syknął: "Markotowski dzieciak". Matka zrobiła z tego powodu taką burdę, że w zeszłym roku nie zdał. 14-letni Karol już wie, że dla niego wskoczyć w życiu wyżej, to skończyć szkołę gastronomiczną. Już podgląda, jak matka gotuje.
"Na zewnątrz" mają łatkę: bez domu, gorsze, biedne, brudne. Jest w nich jakaś mądrość życiowa, inna niż u tych z mamusią, tatusiem i obiadem o 14. Szybciej uczą się dorosłych zadań, np. zasłonić się przed pięścią albo przeczekać na ulicy, aż ojciec zaśnie. Jedne już pouczają swoje naiwne matki, drugie dorastają w ośrodkach w poczuciu, że im się należy.
Na obrzeżach Warszawy, dokąd prowadzi śliska droga wśród lasu, dziewięć długich baraków, które dawniej były hotelami robotniczymi Hydrobudowy, tworzy miasteczko. Żyje tu 114 kobiet i 227 dzieci. To należąca do Markotu Bajka, dom samotnej matki z dziećmi. Bajka tylko z nazwy.

Bóg mnie zrobił na próbę

Na podwórku przed niskim budynkiem biega bez celu gromada młodszych dzieci, obok mężczyźni o podobnych do siebie twarzach sprzątają gruz. Po drugiej stronie, w sieni innego niskiego domu mężczyzna kładzie na kartce papieru dużą rękę, którą mała dziewczynka, jeszcze w piżamie, choć już południe, obrysowuje mazakiem dla zabawy. Tu maluchy bawią się byle czym. Po korytarzu kręcą się dzieci i kobiety. Wszystkie to ciocie. Najmłodszym zdarza się, że mylą, która jest matką.
Jasiek dojada kanapkę z mielonką. Tu dzieci nie grymaszą. - Dobrze, że tak na odludziu. Człowiek nie czuje wstydu - Ewa patrzy przez okno, bujając na kolanach dwuletniego Jasia. Znów zaczął robić w pampersy i przestał mówić. - Zawsze, gdy robiłam porządki w szafie, przywoziłam tu stare rzeczy, bo nie lubię marnować. Nigdy bym nie pomyślała, że wożę dla siebie... Ewa powiesiła w oknie koronkowe firanki ze swojego mieszkania, żeby choć trochę upozorować dom. Lubi mieć swoje, zabrała młotek, śrubokręt, garnki. Część dorobku rozpożyczyła już po pokojach, resztę zostawiła po ludziach w Ząbkach. W małym, ciemnym pokoju stoją stary regał, wersalka, łóżeczko. Synowie z pierwszego związku są u teściowej, starszy nie chce tu przyjechać, młodszy już był w ubiegłą sobotę. O 34-letnim życiu Ewa mówi: - Pan Bóg zrobił mnie na próbę, żeby zobaczyć, ile człowiek może wytrzymać - w dwa miesiące tak schudła i poczerniała na twarzy.
Historia Ewy: - Było nas trzy dziewczyny i trzech chłopaków. Matka - pracownik biurowy, ojciec - górnik, niby żadnej patologii, alkoholu. To było chyba najgorsze... Zazdrościłam koleżankom, gdy opowiadały, że ojciec przyszedł pijany, zdjął buty i śpi. Wolałabym, żeby spał... Zaczął przychodzić do mojego pokoju, gdy miałam osiem lat. Pękło we mnie dopiero po sześciu latach, wtedy JEJ powiedziałam - słowo matka nie chce Ewie przejść przez gardło. - Krzyknęła: "Po co paradujesz w koszuli do łazienki?!". Kilka ucieczek do dziadków, dwie próby samobójcze. Nie skończyłam zawodówki, ciągle uciekałam. Wyszłam za mąż w wieku 17 lat. Nie wiem, czy z miłości, czy żeby znów uciec... W 1989 r. urodził się syn, rok później - drugi. Mąż pił, ale tłumaczyłam sobie, że się zmieni. Córkę urodziłam w siódmym miesiącu, 11 dni później, gdy mąż z kolegami popijał w pracy, umarła mi na rękach. Tej nocy osiwiałam. Odeszłam, znalazłam mieszkanie, pracę, potem poznałam Adama. Żaden degenerat, były pułkownik, pracownik ochrony - wyciąga zdjęcie przystojnego mężczyzny w mundurze. - Taki był dobry, że kiedy padał deszcz, jakby mógł, suchy chodnik by mi pod nogi kładł. Trzymał mnie za rękę, gdy rodził się Jasiek. Potem się zmienił... Tamtego dnia wyszedł zapłacić czynsz. Dwa tygodnie czekałam z dzieckiem bez środków do życia. Aż trafiłam do Bajki.
Ewa jest "00", tak mówią te, które nie mają nic, żadnego dochodu. Na początku nikt nie wiedział, gdzie Ewa jest. Ze wstydu. Zawsze zaradna, kiedyś szanowana brygadzistka w pracy... Mówimy bez szczegółów, lepiej, żeby Adam nie wiedział. W Wigilię dostała od niego SMS-a: "Drogo, kurwo, pożałujesz, że wyłączyłaś telefon".
- Słyszę, że niektóre mieszkają tu po siedem lat. Nie zostanę - mówi wolno, czasem milknie. Ewa obserwuje siebie z boku: jak wstaje, parzy kawę, potem gotuje mleko dla Jaśka, idzie na dyżur w kuchni, potem na spacer wśród baraków, obiad, ścieranie korytarza. I to pytanie w uszach: co ja tu robię? Już załatwiła sobie sprzątanie na noc. W dzień będzie siedzieć z Jaśkiem, w nocy pójdzie na autobus przez las, a Ola przypilnuje dziecka. Tu kobiety zżywają się w pary. Organizują się jakby instynktownie.

To była wielka miłość

Jest sobota. Na korytarzu gwar dzieci miesza się z głośno nastawionym radiem, a zapach prania, które matki wieszają na rozstawionych pod ścianami suszarkach, z zapachem kuchni. Starsze dziewczynki w świetlicy bawią się w mamę. W Bajce nie ma zabaw w tatę.
Pokój Oli wygląda jak te z harcerskich kolonii, gdzie wszystko trzeba zgromadzić na kilku metrach. Na łóżkach poprzyklejanych do ścian piętrzą się pluszaki z darów, na parapecie stoją garnki z jedzeniem. Muzykę z korytarza zagłusza płacz sześciomiesięcznej Dominiki. 26-letnia kobieta w dżinsach z lumpeksu, z twarzą tak samo szarą jak u Ewy, wybiega zagotować wodę na kaszę. Kaszę dostaje z magazynu, bo własny pokarm straciła przez to piekło. Mała zasypia na boku z butelką opartą o poduszkę. W tym czasie Ola sadza przy stole półtoraroczną Otylkę i pięcioletnią Sandrę i idzie z garnkiem po "wydawkę". Wydawka to porcja, jaką dostaje z kuchni. Obiad gotują wspólnie, ale nie ma zbiorowej stołówki. Jedzenie we własnym pokoju daje dzieciom poczucie domu.
Każda matka zajmuje się swoimi dziećmi. Z zewnątrz wydaje się ludziom, że powinno się je porozsyłać do pracy, a jedna niech pilnuje dzieciarni. Tu nie ma takich reguł. Takie przedszkole byłoby gettem w getcie.
Na regale nie ma pamiątek z przeszłości, książek, kompletu talerzy. Bo do Bajki ucieka się zwykle z tym, co jest pod ręką. Ola przyszła nawet bez piżam. Zabiera się zwykle jakiś album ze zdjęciami z wielkich uroczystości, świąt, urodzin dzieci. W albumie Oli jest kilka fotografii mężczyzny - siedzi przy stole, na stole kanapki ułożone w piramidkę i kieliszki. To była wielka miłość.
Historia Oli: - Sandrę mam z kimś innym. Jak byłam w szóstym miesiącu, powiedział, że nie dorósł, i odszedł. Matka długo walczyła, żeby mi ją odebrać, wiedziała, że z tego są pieniądze. Ojca Otylki i Dominiki znałam trzy miesiące, zanim przyjechaliśmy tu z Wałbrzycha. On za pracą, ja żeby się wyrwać z domu... Zatrudnili go na budowie, wynajęliśmy mieszkanie. Wtedy się rozpił. I zaczął mnie bić. Ostatni raz dostałam za 50 zł. Poczekałam, aż zaśnie, żeby wyciągnąć z kieszeni na jedzenie dla dzieci. Gdy się obudził, bił gdzie popadło, nagle przyłożył mi nóż do szyi i jakby się ocknął. Wtedy wyszedł z mieszkania. Uciekłam z reklamówką półtora miesiąca temu. Nie wiem, gdzie jest. Kilka dni temu dzwonił z Wrocławia zapytać, czy wrócę - czasem czuć w głosie Oli niepewność, czy dobrze zrobiła, że odeszła.
- Zrobisz za mnie korytarz? - uchyla drzwi Iwona. Po pokoju roznosi się mdły zapach lakieru do włosów. Wystrojona, wpisuje się do zeszytu wyjść i idzie odwiedzić męża. W więzieniu.
Dyżurów rozpisanych w grafiku pilnuje Iza - co trzy godziny sprzątanie korytarza, bo w zimie nanosi się z zewnątrz, pomoc w kuchni, porz