|
|
Czy przy ul. Pogodnej powstanie
szpital dla poznańskich bezdomnych?
Pobierz PDF
Gazeta Wyborcza Poznań 20.12.2006
Licytujemy 20 prac nagrodzonych w
konkursie Choinki Jedynki
Pobierz PDF
Rzeczpospolita 15.12.2006
|
|
|
Zdążyć przed zimą
Pobierz PDF
Dziennik Wschodni 14.12.2006
|
|
|
Choinki Jedynki
Pobierz PDF
Rzeczpospolita 05.12.2006
|
|
|
Dzieciaki czekają na pomoc
Pobierz PDF
Rzeczpospolita 30.11.2006
|
|
|
Rząd pomoże bezdomnym
Pobierz PDF
Życie Warszawy 30.11.2006
|
|
|
Dar Serc
Pobierz PDF
Dziennik Zachodni 06.11.2006
|
|
|
Wolontariusze pomogą nawet pijanym
bezdomnym
Pobierz PDF
Dziennik 07.11.2006
|
|
|
Kilka tysięcy osób wyciągnęliśmy z
narkotyków
Pobierz PDF
Dziennik Wschodni 02.11.2006
|
|
|
Noclegownie przygotowane do zimy
Pobierz PDF
Rzeczpospolita 31.10.2006
|
|
|
Monar może być na razie spokojny
Pobierz PDF
Gazeta Wyborcza Bydgoszcz, 13.10.2006
|
|
|
Wspomnienie o Kotanie
Pobierz PDF
Nowości, 26.09.2006
|
|
|
Nasza mistrzyni
Pobierz PDF
Dziennik Zachodni, 19.09.2006
|
|
|
Kotan będzie miał pomnik
Pobierz PDF
Gazeta Wyborcza Stołeczna, 19.09.2006
|
|
|
Gole zamiast narkotyków
Pobierz PDF
Dziennik Łódzki, 11.09.2006
|
|
|
Kryształowe serca w nagrodę za
trud
Pobierz PDF
Echo Dnia, 04.09.2006
|
|
|
W rytmie hip hopu
Pobierz PDF
Głos Wielkopolski, 04.09.2006
|
|
|
Wakacje bez ćpania.
Pobierz PDF
Słowo Polskie, Gazeta Wrocławska 04.08.2006
|
|
|
Najważniejsza jest wczesna terapia
Pobierz PDF
Gazeta Pomorska 05.08.2006
|
|
|
Siostry i Monar w jednym domu?
Pobierz PDF
Kurier Lubelski, Puławy 11.08.2006
|
|
|
Marek Kotański. Wspomnienie.
Pobierz PDF
Gazeta Wyborcza, Poznań 31.08.2006
|
|
|
Bez narkotyków. Punkt
konsultacyjny Monar w Koninie
Pobierz PDF
Gazeta Poznańska, 03.07.2006
|
|
|
Ratują pałac oraz życie. W
Zielińcu powstaje "antygetto" - miejsce dla bezdomnych
Pobierz PDF
Głos Wielkopolski, 07.07.2006
|
|
|
Bliżej końca gehenny. Problemy
ośrodka Markot
Pobierz PDF
Trybuna, 06.07.2006
|
|
|
Puławy. MONAR w opałach
Nie ma miejsc dla uzależnionych
Puławski MONAR ma kłopoty. Od dwóch lat o siedzibę
poradni dopominają się zakonnice, które chcą tu zbudować
ośrodek wychowawczy. A widoków na nowy lokal jak nie było,
tak nie ma.
Puławski MONAR od samych początków swojej działalności w
1994 r. ma siedzibę przy ul. Kowalewskiego, w budynku
znajdującym się na terenie byłego amfiteatru. Nieruchomość
położona w środku lasku nieopodal miasta należała do
starostwa. Jednak w 2000 r. za 1 proc. Wartości została
sprzedana Zgromadzeniu Sióstr Benedyktynek Misjonarek.
W miejscu tym siostry chcą zbudować specjalny ośrodek
wychowawczy. Jednak w takiej sytuacji nie wiadomo, co zrobić
z poradnią MONAR-u.
- Sprzedaż terenu była bardzo dziwnym posunięciem, bo
jednocześnie podpisano z nami umowę użyczenia obiektu na
czas nieokreślony - mówi Iwona Sztajner, kierownik
puławskiego MONAR-u.
Nowej siedziby dla poradni do tej pory nie udało się
znaleźć. - proponowaliśmy budynek byłej szkoły muzycznej
przy ul. Moniuszki, ale MONAR-u nie było stać na jego
remont. Myśleliśmy też o budynku byłego Specjalnego Ośrodka
Wychowawczego przy ul. Partyzantów, ale od razu pojawiły się
sprzeciwy - tłumaczy Tomasz Jaremek, wicestarosta puławski.
Budynek, w którym działa MONAR, był w ubiegłym roku
remontowany. Dlatego jego kierownictwo tym bardziej nie chce
się przenosić. - Najchętniej zostalibyśmy, gdzie jesteśmy.
Mamy tu odpowiednie warunki do pracy z osobami uzależnionymi
- mówi Iwona Sztajner.
Wczoraj nie udało nam się porozmawiać z siostrą
dyrektorką Zgromadzenia Benedyktynek, która jest na urlopie.
Wiadomo jednak, że w tej chwili powstaje projekt nowego
ośrodka wychowawczego, który ma tu powstać.
Według danych w Puławach jest zarejestrowanych prawie 250
osób uzależnionych. Puławski MONAR w ubiegłym roku udzielił
ponad 12 tys. Porad zarówno im, jak i ich rodzinom.
Najwięcej kontrowersji wśród mieszkańców Puław budzi
otoczenie budynku MONAR-u, które jest bardzo zaniedbane.
Wszędzie walają się śmieci, potłuczone butelki,
gdzieniegdzie można też znaleźć strzykawki. - teren nie
należy do nas, dlatego nie możemy nim gospodarować. Ale i
tak staramy się go sprzątać - tłumaczy Iwona Sztajner z
MONAR-u.
Paweł Buczkowski, Dziennik Wschodni, 26.07.2006
|
|
|
Realizujemy idee Marka
Z Jolantą Łazuga-Koczurowską Przewodniczącą Zarządu
Głównego Stowarzyszenia MONAR rozmawia Hilary Kubsch
- Jak przyjęto prośbę uczniów gimnazjum w Mielnie o
wyrażenie zgody na nadanie szkole imienia Marka Kotańskiego?
- Ja, osobiście, ucieszyłam się, z wielu powodów, kiedy
przed kilkoma miesiącami dotarła do nas ta miła propozycja.
Po pierwsze: Marek Kotański w ostatnich latach swego życia
zmierzał w kierunku profilaktyki, myślał bardziej o
młodzieży zdrowej, którą jak mówił "trzeba zaimpregnować
przeciwko złu", niż o tych, którzy już w sobie nosili to
zło. Zawsze marzyło mu się, aby w szkołach powstawały grupy
młodzieży, które będą czynić dobro. Niestety, nie doczekał
zrealizowania tych marzeń. Wydaje mi się, że jest on bardzo
dobrym, wręcz idealnym, bohaterem dla młodzieży w
dzisiejszych czasach. Teraz, po śmierci, może jest im
bliższy niż kiedy żył, oni go znali i z jeszcze większą
ochotą realizują jego idee.
- Ile szkół w Polsce nosi imię Marka Kotańskiego?
- 11 szkół
- Czy nie brakuje wam Marka?
- Jest to trudne pytanie. Na pewno tak, to był bliski nam
człowiek, z którym się pracowało i każde takie odejście jest
smutne. Nam brakuje jego "szaleństwa" i tego wszystkiego co
"wyczyniał". Natomiast gdzieś tam mamy takie mocne
przekonanie, że on nam zostawił jakiś testament i to nam
pozwala żyć z jego ideą i myśleć optymistycznie o realizacji
Marka i naszych planów.
- Ile lat pracowała Pani z Markiem?
- O, dużo, 24 lata. Znaliśmy się dobrze, byliśmy
zaprzyjaźnieni.
- Jak sobie radzicie bez swojego przewodnika i symbolu?
- W Monarze robiliśmy różne rzeczy, Marek był naszym
wizerunkiem. Po jego odejściu nie zostaliśmy sami,
pozostawił nam armię ludzi przygotowanych do udzielania
pomocy. Byłoby to krzywdzące, gdybyśmy o nich zapomnieli.
Myślę, że Marek powinien być dumny z tego co robimy.
- Czym zajmowała się Pani w Monarze przed objęcie3m
kierownictwa Stowarzyszeniem?
- Zajmowałam się rehabilitacją, czyli pomocą praktyczną
ludziom uzależnionym, głównie młodzieży.
- Jakie wrażenie robią na pani takie uroczystości, jak ta w
mieleńskim gimnazjum?
- Ogromne wrażenie, wraz z młodzieżą z powagą i zadowoleniem
przeżywam to wydarzenie. Serce się raduje, że rośnie
pokolenie, które doceniło idee Marka i Monaru - zło dobrym
zwyciężaj. Należą się słowa uznania wszystkim, którzy
przyczynili się do uhonorowania bohatera naszych czasów -
Marka Kotańskiego uroczystą oprawą na najwyższym poziomie.
Gratuluję.
Dziękuję za rozmowę
Gazeta mieleńska, lipiec 2006
|
|
|
Na koloniach też biorą narkotyki
Krakowski MONAR zaprasza wychowawców i opiekunów grup
kolonijnych do udziału w programie edukacyjnym "Wakacje bez
ćpania".
Program skierowany jest do osób, które podejmują się opieki
nad grupami wakacyjnymi. - Często wiedza wychowawców o
narkomanii jest szczątkowa. Nikt nie uczy jak, interweniować
w przypadku, gdy mamy do czynienia z dzieckiem czy młodym
człowiekiem pod wpływem narkotyku - mówi Rafał Wieczorek z
krakowskiej poradni Monar-u. Niewielu wychowawców zdaje
sobie sprawę z tego, że typowe metody interwencji ,medycznej
w przypadku człowieka pod wpływem narkotyków mogą nawet
zaszkodzić. O takich szczegółach chcemy informować podczas
spotkań - opowiadają organizatorzy. Konsultacje odbywają się
w lokalu Monar-u przy ul. Św. Katarzyny 3 (tel.012 430 61
35), w każdy poniedziałek i czwartek w godz.9-11. Akcja trwa
do końca wakacji
Gazeta wyborcza, Kraków, 14.07.2006
|
|
|
Święto gimnazjalistów
Pierwszy czerwca kojarzy się przede wszystkim z dniem
dziecka. W mieleńskim gimnazjum tego roku obchodzono go
wyjątkowo uroczyście. Od wczesnego rana trwały ostatnie
przygotowania, widać było jak bardzo są przejęci
nauczyciele, uczniowie i wszyscy pracownicy szkoły
wydarzeniem które miało nastąpić.
W udekorowanej hali sportowej odbyła się uroczystość nadania
szkole imienia Marka Kotarskiego i przekazania sztandaru.
Na zaproszenie Dyrektora, Rady Pedagogicznej, rodziców i
uczniów przybyło wielu gości, wśród których byli:
przewodnicząca Rady Gminy Elżbieta Reck, Wójt Gminy
Zbigniew Choiński, przewodnicząca Zarządu Głównego
Stowarzyszenia MONAR Jolanta Łazuga-Koczurowska,
Wizytator Kuratorium Oświaty Małgorzata Radziwołek,
kierownicy jednostek administracji, samorządowych,
dyrektorzy szkół podstawowych z gminy, księża, prezesi
stowarzyszeń pozarządowych.
Uczniowie gimnazjum przygotowali ciekawy i wzruszający
program słowno-muzyczny. Kulminacją tej części uroczystości
było wręczenie przez przewodniczącą Rady Gminy, dyrektor
Grażynie Marzysz-Kociak aktu nadania szkole imienia Marka
Kotańskiego oraz przekazanie przez Wójta Gminy sztandaru,
przed którym uczniowie złożyli ślubowanie.
Po okazjonalnych wystąpieniach Gości i części artystycznej
odbyła się druga część uroczystości w holu budynku
szkolnego. Pani Jolanta Łazuga-Koczurowska i Małgorzata
Radziwołek dokonały odsłonięcia tablicy pamiątkowej.
Sztandar i tablicę poświęcił ks. Adam Saks. Uroczystość
przebiegała w nastroju powagi, dumy i zadowolenia z faktu,
iż patronem szkoły jest człowiek, którego życie i dokonania
są drogowskazem i wzorem do naśladowania.
Hilary Kubsch, Gazeta Mieleńska, lipiec 2006
|
|
|
Święto mieleńskiego Gimnazjum
MY Z MARKIEM KOTAŃSKIM
Za nami bardzo ważne wydarzenia - nadanie Gimnazjum w
Milenie imienia Marka Kotańskiego przekazanie szkole
sztandaru. Uroczystość odbyła się 1 czerwca, a rozpoczęła
mszą św. W kościele parafialnym w Mielnie.
Przybyło na nią wielu dostojnych gości, a wśród nich
m.in. Zbigniew Choiński Wójt Gminy, Elżbieta Reck
Przewodnicząca Rady Gminy, Jolanta Łazuga-Koczurowska
[przewodnicząca Zarządu Głównego Stowarzyszenia Monar,
Małgorzata Radziwołek Wizytator Kuratorium Oświaty, księża,
dyrektorzy szkół, dyrektorzy samorządowych jednostek
administracyjnych.
Dlaczego patronem Marek Kotański?
Kiedy trzy lata temu w ankiecie skierowanej do uczniów,
Samorząd Uczniowski zapytał, kto mógłby być patronem naszej
szkoły, najczęściej padało nazwisko Marka Kotańskiego.
Dlatego, że zawsze pomagał potrzebującym, że nie był mu
obojętny los bezdomnych, uzależnionych od alkoholu,
narkotyków, zarażonych wirusem HIV.
Już jako uczeń liceum Marek był inicjatorem kilku akcji
mających na celu pomoc ludziom w potrzebie. W czasie studiów
działał aktywnie w Ruchu Młodych Wychowawców, który
opiekował się sierotami i młodzieżą dotkniętą patologiami
społecznymi. W latach osiemdziesiątych o Marku Kotańskim
mówiono dużo i głośno. Był osobą popularna w prasie i w
telewizji. Zainicjowany przez niego ruch Monaru publicznie
świadczył o istnieniu w naszym kraju problemu narkomanii.
Obecnie w kraju jest ponad 157 ośrodków Monaru.
Za sprawą Kotańskiego w "łańcuchu czystych serc" połączyły
się dłonie tysięcy Polaków od Bałtyku do Tatr, jednocząc się
w idei humanitaryzmu, promując trzeźwość, ochronę
środowiska, zdrowy i wolny od używek styl życia.
W 1993 r. Kotański założył MARKOT (Ruch Wychodzenia z
Bezdomności). Placówki MARKOT-u (100 ośrodków dla
bezdomnych, samotnych matek dziećmi, osób
niepełnosprawnych). Rozwinął również system pomocy dla osób
opuszczających więzienia.
Jedną z jego ostatnich inicjatyw była budowa domu dla
chorych na Alzheimera.
Jak zwykł mawiać sam o sobie, cierpiał na chorobę miłości do
ludzi, czerpał siłę z dawania siebie innym i tego całe życie
starał się uczyć innych. Idea Marka Kotańskiego "Daj siebie
innym czyń dobro" widnieje na sztandarze przekazanym
gimnazjum w tym tak uroczystym dniu. Nam te słowa znane są
bardzo dobrze. To hasło przewodnie naszego szkolnego
wolontariatu. Od lat wspieramy WOśP, ogólnopolską akcję
"Góra Grosza", schronisko dla zwierząt w Koszalinie.
Pracujemy w świetlicy środowiskowej w Unieście, pomagając
młodszym kolegom w nauce. Odwiedzamy mieszkańców Domu Pomocy
Społecznej, rokrocznie uczestniczymy w świątecznej zbiórce
żywności dla osób potrzebujących.
Jolanta Koczurowska, prezes MONAR-u, powiedziała nam "Marek
Kotański byłby z Was dumny"
Te słowa zobowiązują. Do współpracy wciąż zapraszamy innych,
bo łatwiej jest czynić dobro, gdy pomaga wielu.
Zespół redakcyjny gazetki szkolnej "SZUM", Gazeta mieleńska,
czerwiec 2006
|
|
|
Nie pozwól, żeby zrujnowały ci
życie
Podczas roku szkolnego pogadanki w
klasach, a w wakacje ludzie w koszulkach z ulotkami.
Wszystko po to, by uświadomić młodym szkodliwość środków
odurzających.
Problem brania narkotyków dotyczy coraz młodszych. W
Londynie powstał plakat o tym, jak niszczeje organizm
pięknej kobiety po dwóch latach narkotyzowania się. A w
Bydgoszczy Młodzi Konserwatyści i Federacja Młodych
Socjaldemokratów, mimo różnych poglądów politycznych, przy
wsparciu policji, władz miasta i MONAR-u, od połowy czerwca
prowadzili w gimnazjach apolityczną akcję antynarkotykową.
Dlaczego akurat w gimnazjach?
- Dziewięćdziesiąt procent moich
podopiecznych to studenci uzależnieni w głównej mierze od
palenia trawki - wyznaje szef bydgoskiego MONAR-u, Ryszard
Częstochowski. - Zaczynali w wieku 13-15 lat, traktując
popalanie jako coś mało szkodliwego. Wszystko zaczyna się
więc od gimnazjum, a nawet podstawówki.
- Z roku na rok wzrasta liczba osób
posiadających narkotyki, co jest przestępstwem - mówi
Sławomir Szymański z KP Śródmieście. - Jednak prawo karne i
konsekwencje to jedno, a świadomość to drugie.
Działania w gimnazjach to dopiero początek
akcji, która nie skończyła się wraz z ostatnim dzwonkiem.
Wręcz przeciwnie. Podczas wakacyjnych imprez masowych,
blisko 40 osób z obu młodzieżówek, ubranych w
charakterystyczny stroje, będzie próbowało dotrzeć do
młodych ludzi, by przestrzec ich przed zażywaniem
narkotyków.
Justyna Tota, www.info.bydgoszcz.pl
|
|
|
Problemy ośrodka MARKOT
Bliżej końca gehenny
Za dwa tygodnie zakończy się montaż
dachu nowego budynku domu niepełnosprawnych bezdomnych
przy ul. Rudnickiego 1 a. - to duży krok ku poprawie
warunków bytowych naszych podopiecznych, większości
ludzi starszych i wymagających opieki - mówi Mariusz
Graboń, kierownik ośrodka MONAR - MARKOT 1, którego
część spłonęła osiem lat tanu.
Obecnie w drewnianym baraku przebywa
76 osób, głównie mężczyzn o różnym stopniu
niepełnosprawności ruchowej, którymi opiekuje się stale
jedna pielęgniarka - Jednym z największych problemów
jest zbyt duże zagęszczenie, które w miarę możliwości
staramy się redukować oraz siermiężne warunki. Dlatego z
nowym budynkiem powstającym w miejsce drugiego,
spalonego baraku, wiążemy duże nadzieje - mówi Graboń.
Liczy, że na jesieni uda się oddać do użytku parter
budynku, gdzie zamieszkują osoby poruszające się na
wózkach inwalidzkich. Piętro zajmują osoby z mniejszymi
ograniczeniami ruchowymi. Pokoje mają być najwyżej
trzyosobowe. Powstanie także zaplecze
kuchenno-stołówkowe i sanitarne z prawdziwego zdarzenia.
Prace budowlane ruszyły po dwóch
latach zastoju dzięki zbiórce pieniędzy podczas Dnia
Kotana. Dla ośrodka, który utrzymuje się głównie z
datków od darczyńców jest to kropla w morzu potrzeb.
Brakuje bowiem męskich ubrań i obuwia. Osoby, które
chciałyby pomóc podopiecznym domu, mogą dzwonić pod
numer telefonu 022866 75 62.
Trybuna, 06.07.2006 (KAM)
|
|
|
Od początku lipca rozpoczął
działalność punkt konsultacyjny Monaru w Koninie. Mieści
się przy ulicy Sosnowej 16, w szczycie Gimnazjum numer
7.
Szansa na pomoc i poradę dla osób i
rodzin zmagających się z problemem narkotykowym. -
Ten punkt powstał w zasadzie z inicjatywy rodziców,
którzy kontaktowali się ze Stowarzyszeniem MONAR
szukając pomocy, czy porady w zetknięciu z problemem
narkotykowym swoich dzieci - wyjaśnia Iwona
Remiszewska, która organizuje działalność MONARU w
Koninie.
Na razie do dyspozycji MONAR-u są dwa
skromne pomieszczenia w sąsiedztwie Klubu Integracji
Społecznej, który również niedawno rozpoczął
działalność. Będzie otwarty codziennie od godziny 12.00
do 20.00, w soboty od 9.00 do 13.00.
- MONAR ma w tej chwili ponad l20
różnego typu placówek w Polsce-wyjaśnia I. Remiszewska.
- Są to oddziały toksykacyjne, poradnie uzależnień, domy
MARKOT, także punkty konsultacyjne, które mają pomóc w
diagnozowaniu i leczeniu uzależnień, nie tylko
narkotykowych.
W punkcie będzie więc telefon
zaufania, w godzinach pracy terapii obsługiwany przez
wolontariuszach, którzy stopniowo zgłaszają się do
pomocy w MONARZE. To stowarzyszenie zostało bowiem
wyłonione w konkursie przez miasto do prowadzenia tego
typu działalności profilaktycznej i terapeutycznej w
Koninie. Oprócz Iwony Remiszewskiej, która jest
psychologiem, w punkcie zaangażowane są dwie
specjalistki od terapii i resocjalizacji.
- Chcemy skupić się przede
wszystkim na młodzieży - deklaruje Iwona Remiszewska. -
Nasza oferta jest adresowana do osób zagrożonych
uzależnieniem i uzależnionych oraz ich rodzin, a
szczególnie do młodzieży ze szkół gimnazjalnych,
średnich i wyższych. Przyjmowane są osoby używające
różnego rodzaju substancji psychoaktywnych.
W grę wchodzi poradnictwo indywidualne
i grupowe, terapia motywacyjna, kierowanie do ośrodków
detoksacyjnych i leczenia uzależnień, diagnostyka i
konsultacje.
- Dobrze wiemy, że dostęp naszych
dzieci do narkotyków jest coraz łatwiejszy - mówi
anonimowo mama licealisty. - Sama dyskretnie sprawdzam
syna codziennie, chociaż z założenia mam do niego
zaufanie. Wiadomo jednak, że przed szkołami czatują
dzieci dilerzy rozprowadzający różne podejrzane środki.
Założeniem MONAR-u jest zmniejszenie
liczy osób sięgających po narkotyki, zwłaszcza młodzieży
w wieku dorastania, zapewnienie dostępu do
profesjonalnej pomocy, gdy istnieje już problem
narkotykowy w rodzinie.
Anna Pilarska, 3.07.2006 Gazeta
Poznańska
|
| |
Pacjenci z zaprzyjaźnionego z
kieleckim oddziałem Monaru ośrodka w Łodzi pomagają przy
wykonywaniu końcowego etapu remontu w dawnej szkole w
Lutej.
Za dwa, może trzy miesiące pierwsi
młodzi pacjenci uzależnieni od narkotyków rozpoczną
leczenie w tworzonym od trzech lat ośrodku
readaptacyjnym w Lutej koło Stąporkowa. Będzie to
pierwszy tego typu ośrodek dla młodzieży w województwie
świętokrzyskim.
Trzy lata temu działacze świętokrzyskiego oddziału
terenowego stowarzyszenia MONAR, rozpoczęli poszukiwania
obiektu, w którym mogliby stworzyć pierwszy ośrodek dla
uzależnionej młodzieży. Szef oddziału, Marek Sochacki,
mówił nam wtedy, że nasze województwo jest czarną plamą
na mapie Polski, a młodzi ludzie, których dotknęło
uzależnienie, muszą leczyć się w ośrodkach w Łodzi,
Krakowie, a nawet w Gdańsku.
W tym samym czasie władze samorządowe Stąporkowa
zastanawiały się, co zrobić z budynkiem po zlikwidowanej
szkole w Lutej. Na przypadkowym spotkaniu burmistrza
Edmunda Wojny z Markiem Sochackim panowie poruszyli
interesujące ich tematy. Efektem rozmowy było
postanowienie samorządowców o użyczeniu na 10 lat
Monarowi szkolnego budynku.
- Z wielkim zapałem wzięliśmy się do pracy przy
adaptacji obiektu na ośrodek - mówi Marek Sochacki. -
Ogromnie pomogli nam samorządowcy ze Stąporkowa, a także
wiele prywatnych firm, które przekazały nam między
innymi płytki ceramiczne, materiały budowlane, meble.
Niestety, utknęliśmy w pewnym punkcie, którego pokonanie
wymagało pieniędzy. Nie mogliśmy liczyć na państwowe
urzędy, które odmawiały nam pomocy. Cóż było robić? Ja i
moi koledzy posiłkowaliśmy się własnymi, prywatnymi
funduszami.
Od kwietnia tego roku sytuacja w Lutej zmienia się na
korzyść z dnia na dzień. Od wielu tygodni wszelkie prace
remontowo budowlane wykonują młodzi ludzie z ośrodka
leczącego uzależnienia w Łodzi. Czuwają nad nimi zarówno
fachowcy - budowlańcy, jak i terapeuci oraz wychowawcy.
Wczoraj w budynku pracowało pięciu młodzieńców z Łodzi.
Przemek tynkował ścianę korytarza, Kuba fugował kafelki
w łazience, Robert i Bartek malowali przyszłe sale
mieszkalne. Maciek w tym czasie przygotowywał obiad dla
kolegów i Magdy, wychowawczyni.
- Praca to także terapia - tłumaczy wolontariuszka -
pedagog Magdalena Fiuk. - Obecnie pracuje w naszym
przyszłym ośrodku pięciu chłopaków, ale jeśli jest taka
potrzeba, przyjeżdża tu liczniejsza grupa z naszego
zaprzyjaźnionego ośrodka w Łodzi.
Robert i Przemek są zachwyceni Lutą i okolicą. - To
znakomite miejsce dla takich ludzi, jak my,
potrzebujących wyciszenia, spokoju - mówią łodzianie. -
Pracujemy tu z ogromną przyjemnością, bo wiemy, że
tworzymy od podstaw nowe miejsce, w którym znajdą
schronienie i pomoc młodzi, zagubieni ludzie.
Jak mówi Marek Sochacki, ze względu na ograniczone
fundusze Monaru, priorytetem remontowym jest obecnie
pierwsze piętro budynku, gdzie już wkrótce będzie mogło
rozpocząć leczenie 25 osób. - W przyszłym roku zajmiemy
się parterem, a po zakończeniu remontu ośrodek będzie
dysponował 40 miejscami. Liczę na to, że władze naszego
województwa wreszcie zrozumieją, że placówka taka jest
niezbędna. Nie wolno udawać, że nas, mieszkańców
województwa świętokrzyskiego, problem narkomanii omija.
Marzena KĄDZIELA, 21.06.2006, portal
gazety "Echo Dnia"
|
| |
Kontrowersyjna
kampania monaru
FUCK EVERY DRUG
"Pieprzyć narkotyki" - takie
hasło znalazło się na jednym z biliboardów w Płocku. -
To kontrowersyjne, ale lepsze niż moralizatorskie
owijanie w bawełnę - uważa młodzież
W pierwszy wakacyjny poniedziałek i jednocześnie
Międzynarodowy Dzień Zapobiegania Narkomanii rozpoczęła
się ogólnopolska akcja profilaktyczna MONAR-u "Wakacje
bez ćpania". Organizatorzy mają nadzieję dotrzeć z
informacjami o zagrożeniach do dzieci i młodzieży na
wakacjach. Tysiące ulotek propagujących spędzanie
wolnego czasu bez używek będą rozdawano w pubach, na
koncertach, wycieczkach polach namiotowych. Nasz płocki
punkt konsultacyjny postanowił pójść o krok dalej i
bardziej dosadnie przemówić do rozsądku młodych ludzi.
"Hejże hej - olej klej" "Uważaj! Ktoś chce zarobić na
twoim mózgu" czy "Daj se luzu z kompotem, bo zdechniesz
pod płotem" - to tylko niektóre hasła tegorocznej akcji
informacyjnej płockiego MONAR-u.
Wczoraj wolontariusze rozdawali ulotki, koszulki i
"antynarkotykową wodę" w sklepie Auchan. W tym samym
czasie po ulicach jeździ mercedes z pogrzebową urną. -
Uznaliśmy, że taki gadżet świetnie zilustruje wymyślone
przez młodzież hasło: "Prochy bierzesz - w proch się
obrócisz" - wyjaśnia Janusz Krajewski z MONAR-u.
Kilka dni temu pojawiły się też billboardy, m.in. z
hasłem "Fuck every drug" (z ang. pieprzyć narkotyki)
wypromowanym przez miesięcznik "Świat Problemów". -
Widziałem, jak reagują na niego przechodnie -mówi
Krajewski. -Takie bilboardy przyciągają uwagę i wierzę,
że dzięki temu możemy lepiej trafić do ludzi.
Taki sam tekst pojawił się również na koszulkach
rozdawanych podczas poniedziałkowego happeningu. -Sam
chętnie założyłbym taką koszulkę -zapewnia 16-letni
Konrad Szymański.
- Nie ćpam, ale uważam, że "Fuck eyery drug" jest lepsze
niż moralizatorskie owijanie w bawełnę. Nie przeszkadza
mi wulgaryzm, tylko zastanawiam się, jak zareagują na to
starsi ludzie, którzy będą oglądać taki bilboard-
dodaje.
Mieszane uczucia ma także Zygmunt Medowski,
przewodniczący Rady ds. Profilaktyki Stowarzyszenia
MONAR. - Jeżeli ktoś mówi: "Zycie jest do d..., więc
trzeba ćpać", to dlaczego inni nie mogą powiedzieć:
"Pieprzyć narkotyki"? Takie hasło może być skuteczne,
ale ja osobiście jestem zwolennikiem haseł odwołujących
się do potencjału młodzieży i wskazujących drogę.
Akcja "Wakacje bez ćpania" będzie trwała do 31
sierpnia. Osoby potrzebujące pomocy mogą przyjść do
punktu konsultacyjnego MONAR-u przy placu Dąbrowskiego l
po bezpłatne porady. Tel. 0243645412.Ni
MAŁGORZATA GASIK Gazeta wyborcza Płock, 27.06.2006
|
| |
Uwaga, wakacje!
Rozmowa dnia.
Dzień Zapobiegania Narkomanii
Dziś Międzynarodowy Dzień Zapobiegania Narkomanii i
....początek wakacji. Właśnie w wakacje młodzi ludzie
najczęściej sięgają po narkotyki po raz pierwszy.
O zagrożeniach rozmawiamy z Radosławem Nowakiem
specjalistą terapii uzależnień w Ośrodku
Rehabilitacyjnym Dzieci i Młodzieży w Gdańsku.
- Co może zrobić rodzic, by uchronić dziecko przed kontaktem
z narkotykami?
- Rodzic powinien wiedzieć co robi dziecko poza domem i z
kim się spotyka. Jeśli ma nowych znajomych poznamy ich.
Zaprośmy do domu, zorientujmy się, jacy są. Jeśli dziecko
idzie na imprezę, zawsze określajmy godzinę powrotu. Jeśli
wyjeżdża na obóz, dowiedzmy się z kim i czy jest pod dobrą
opieką. Kontrolujmy jego wydatki. Zwracajmy uwagę co i za
ile kupuje, a ile pieniędzy zostanie mu w portfelu. Wakacje
nie zwalniają nas z obowiązku interesowania się dzieckiem.
- Jeśli dziecko chce jechać na wakacje bez rodziców i
wychowawcy?
- zakazywanie tego typu wyjazdów nic nie da. Dziecko jednak
musi wiedzieć, że wyjeżdża bo mu ufamy. Należy dać wyraźny
sygnał, że jeśli sięgnie po narkotyki czy alkohol to straci
to zaufanie.
- Co ma zrobić rodzic, który znalazł w rzeczach dziecka np.
marihuanę albo zauważył nakłucie na ręku?
- Na pewno nie robić z niego narkomana. W rozmowie trzeba
być kategorycznym, ale nie straszyć czy awanturować się.
Jeśli incydent się powtórzy, jeśli dziecko zacznie brać
regularnie, to znaczy że ma jakieś problemy i od nich
ucieka. Wtedy należy zgłosić się do specjalistów.
- Jak poznać, że brało?
- po zażyciu środków odurzających człowiek ma rozszerzone
źrenice, może mieć zaczerwienienia wokół nosa, nakłucia na
przedramieniu, jest pobudzony albo ma spowolnione ruchy.
Każdy środek ma jednak inne działanie. Powinniśmy zwrócić
uwagę na tajemnicze telefony, które odbiera i zmianę jego
przyzwyczajeń. Jeśli towarzyskie dziecko nagle zacznie być
przygnębione i stronić od przyjaciół to może by6ć sygnał.
Czy brało najlepiej wyrywa badanie moczu. Można je zrobić w
przychodniach.
Agnieszka Kamińska, Dziennik Bałtycki 26.06.2006
|
| |
Wykopać
narkotyki
Pacjenci MONAR-u pokonali wczoraj w meczu piłki nożnej
opolskich policjantów 4:1. Zawody były jednym ze
sposobów, w jaki MONAR nagłaśniał akcję "Bliżej siebie -
dalej od narkotyków".
- Podczas meczu po jednej stronie zagrali ludzie, którzy w
większości byli na bakier z prawem, po drugiej ci, którzy
przestępców łapią. Zorganizowaliśmy ten mecz, żeby pokazać,
że i jedni, i drudzy są zwykłymi ludźmi, którzy czasem grają
sobie w piłkę. To ważne, żeby uczyć się rozumieć nawzajem.
Zwłaszcza jeżeli chce się wrócić do społeczeństwa, a ci
pacjenci chcą- przekonuje Wiesław Witczak z MONAR-u.
Oprócz meczu zorganizowano też w centrum miasta happening,
którymiał nagłośnić akcję "Bliżej siebie - dalej od
narkotyków". Ponad 50 osób przemaszerowało spod Galerii
Centrum na plac Wolności, niosąc na transparentach hasła
"Zażywasz przegrywasz" czy "Narkotyki: najlepsze wyjście -
nie wchodzić".
- Akcja jest skierowana przede wszystkim do rodziców, żeby
im zwrócić uwagę na to, by uczyli się rozmawiać ze swoimi
dziećmi. Nie tylko o narkotykach, ale o problemach,
przeżyciach, emocjach -mówi Rafał Michalik, terapeuta i
jednocześnie kapitan zwycięskiej drużyny piłkarskiej.
Pacjenci, terapeuci i przyjaciele ośrodków w Graczach i
Zbicku rozdawali ulotki, tłumaczyli, co to właściwie znaczy
rozmawiać z dziećmi. Wszystko przy muzyce Czarnych Smoków,
rockowej kapeli z Graczy, gdzie ośrodek MONAR-u obchodzi
dziś piątą rocznicę istnienia.
W meczu na stadionie Odry wszystkie gole strzelili
MONAR-owcy, także samobójczą. Michalik zapewnia, że jego
zawodnicy nie przygotowywali się do meczu z policjantami, a
ich forma wynika stąd, że często kopią piłkę w ramach
terapii. - Nie chcę usprawiedliwiać kolegów z przeciwnej
drużyny, ale prawdą jest też taka, że umówiliśmy się z
policjantami, że nie ma ograniczeń co do liczby zmian.
Problem w tym, że oni mieli na zmianę tylko jednego, a
wczoraj było bardzo gorąco.
Anita Dimitruczuk, Gazeta Wyborcza Opole 17-18.06.2006
|
|
|
Najmłodszych też
trzeba słuchać
Kampania "Bliżej siebie - dalej od narkotyków"
rozpoczęła się dzisiaj w Lublinie.
Organizatorzy chcą dotrzeć do rodziców dzieci biorących
narkotyki
W ogólnopolską kampanię antynarkotykową Lublin włączy się po
raz drugi. W tym roku przebiega ona pod hasłem "Szukaj
porozumienia ze swoim dzieckiem". Promują ją spoty
telewizyjne, radiowe i wyświetlane w kinach. - Trafiło do
nas 5 tys. broszur informacyjnych i około tysiąca plakatów.
Będą rozdawane min. w szkołach i przy okazji imprez masowych
- zapowiada Elżbieta Seredyn, ekspert wojewódzki ds.
informacji o narkotykach narkomanii. Na wrzesień i
październik planowane są darmowe warsztaty dla rodziców,
prowadzone przez pedagogów i psychologów. W działania włączy
się policja. - Chcemy uczyć rodziców rozmawiania z dziećmi i
słuchania ich Spotkania zorganizujemy wszędzie tam, gdzie
dostaniemy zaproszenie -precyzuje Seredyn. Specjaliści
alarmują, że problem narkomanii staje się coraz
poważniejszy.
- Obniża się wiek inicjacji narkotykowej. Po narkotyki
sięgają już 12, 13-latki. Najmłodszym pacjentem był
ośmiolatek. Dlatego akcje informacyjne powinno prowadzić się
w szkole podstawowej - uważa lwona Sztajner, kierownik
Poradni Profilaktyki i Terapii Uzależnień "Monar" w
Lublinie.
Dane policyjne potwierdzają, że nieletnich zatrzymanych na
łamaniu ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii jest coraz
więcej.
- W 2003 r. było ich 13 proc., rok później 15 proc., w
2005r. - już 15,5 proc. -wylicza kom. Katarzyna Albera z
Wydziału Prewencji Komendy Wojewódzkiej Policji.
Małgorzata Szlachetka, Gazeta Wyborcza Lublin,
07.06.2006
|
| |
Prochy coraz tańsze
UWAGA RODZICE MŁODZIEŻ OGARNĘŁO NARKOTYKOWE SZALEŃSTWO
Ceny narkotyków w Lublinie gwałtownie spadły. Tabletka
ekstazy u dilera kosztuje tylko 2,50 zł. Nie dość, że jest
tańsza niż piwo w klubie, to sprzedawcy nie patrzą na wiek
kupujących.
Narkotyki są coraz tańsze, bo takimi prawami rządzi się
rynek Jeśli zwiększa się popyt, to ceny lecą w dół - mówi
Iwona Sztajner, kierownik Monaru w Puławach, które kiedyś
były narkotykowym zagłębiem regionu.
Specjaliści twierdzą że to, co się dzieje dzisiaj w
narkobiznesie jest szokujące. O ile wcześniej ekstazy, która
ma zbliżone działanie do amfetaminy, kosztowała od 5 do 10
zł, to teraz obowiązują ceny takie, jak do niedawna w
"hurcie". W dodatku prochy można kupić w każdym miejscu. Na
ulicy, w szkole, w domu i przed kościołem. Do historii
przechodzą opowieści o zdobywaniu prochów w toaletach
dyskotek, bo dilerzy są generalnie wszędzie. Coraz bardziej
popularnym miejscem na zakupy jest też Internet. Każdy może
się zorientować w cenach, warunkach i możliwościach np.
uprawy konopi indyjskich. W serwisach znajdują nawet
instruktaże, jak taką plantację ukryć... przed rodzicami.
Pracownicy zajmujący się terapią z osobami uzależnionymi
ubolewają, że po narkotyki sięgają coraz młodsi. A wszystko
dlatego, że "dragi" są tanie jak barszcz.
- Dziecko dostaje pieniądze na bilet autobusowy i już ma za
co kupić tabletkę. To takie proste... - komentuje Jolanta
Wąsowska z zespołu ds. nieletnich przy Komendzie Miejskiej
Policji w Lublinie.
l o ile 5-6 lat temu szkoły nie były zainteresowane
pogawędkami o prochach, teraz dyrektorzy zaczęli dostrzegać
problem.
- Piszą i sami proszą o spotkania mówi Wąsowska.
Ćpające i uzależnione od syntetycznych substancji dzieci to
jednak ostatnie ogniwo długiego łańcucha narkotykowego.
Zanim jakikolwiek towar trafi w ręce małolata, często
pokonuje bardzo długą drogę, bo większość narkotyków do nas
po prostu przyjeżdża. I choć lepsza jest wykrywalność tego
typu przestępstw, zwiększa się jednocześnie ilość towaru,
który jest w sprzedaży. Tylko w ostatnich miesiącach
policjanci z lubelskiego CBS przechwycili w Warszawie 4 kg
amfetaminy. Niedawno również hrubieszowska policja
zatrzymała braci handlujących środkami odurzającymi. W tym
roku na przejściu w Terespolu amfetamina i heroina miały
udawać proszek do pieczenia.
Narkobiznes kwitnie, a ujawnione przypadki handlu
gigantycznymi ilościami "prochów" to podobno tytko
wierzchołek góry lodowej. Policjanci z sekcji zajmującej się
narkotykami w Komendzie Miejskiej Policji w Lublinie nie
chcą i podobno nie mogą komentować sprawy.
-To nie są dane do publicznej wiadomości - ucina dociekania
Witold Laskowski z biura prasowego policji.
Agnieszka Dziaman, Kurier Lubelski, 06.06.2006
GDZIE PO POMOC
• MONAR, ul. Hutnicza 10 b, Lublin, tel. (081) 745 10 10
• "Agape" Katolickie Stowarzyszenie Pomocy Osobom
Uzależnionym, ul. Bernardyńska 5, Lublin, tel. (081) 5343887
• Oddział Detoksykacyjny Szpitala Neuropsychiatrycznego,
Abramowicka 2, Lublin, (081) 7574527
|
| |
Podpalono z zemsty?
W nocy z 20 na 21 maja w chełmskim ośrodku MONAR- MARKOT na
ulicy Kąpieliskowej wybuchł pożar, który strawił część
budynku gospodarczego. Mieszkańcy ośrodka podejrzewają
podpalenie.
Pożar wybuchł w drewnianym magazynie chełmskiego Monaru, w
którym przechowywane były rzeczy pochodzące ze zbiórki:
żywność, ubrania, obuwie, meble. W tym samym budynku
znajdowała się również stołówka i kuchnia którą od ognia
uchroniła jedynie murowana ściana.
- Było po 23.00. Żona zauważyła, że znajdujący się w pobliżu
naszego mieszkania barak płonie. Szybko pobiegłem do
kierowniczki, krzycząc żeby wezwała straż pożarną- mówi
Marek, mieszkaniec Monaru.
- Walka z żywiołem trwała 4 godziny . Istniało ogromne
zagrożenie dla ośrodka. Jeśli ogień nie zostałby szybko
ugaszony, mógł rozprzestrzenić się na pobliskie budynki
mieszkalne - relacjonuje Piotr Ołówek, rzecznik prasowy
chełmskiej komendy straży pożarnej.- Najpierw był panika ,
szok i strach o siebie i piątkę moich dzieci. Po tym
zdarzeniu mam koszmary, budzę się w środku nocy w obawie, że
może się powtórzyć- z niepokojem opowiada Ewa Kardas,
lokatorka ośrodka
-Mieszkają tutaj 64 osoby, w tym 13 dzieci. Przecież gdyby
nie szybka reakcja strażaków, wszyscy mogliśmy zginąć.
Budynek, w którym zniszczeniu uległy ściany i dach, będzie
trzeba rozebrać. Jednak Monar nie jest w stanie pokryć
kosztów wywozu na śmietnik tego co pozostało po spalonym
składzie.
-Częściowo ucierpiał magazyn żywności . Musieliśmy wyrzucić
ponad 100 kg mąki, kaszy, i cukru bo przesiąknęły dymem. Do
użytku nie nadają się także ubrania i meble- ze smutkiem
informuje Barbara Fijałkowska, szefowa chełmskiego Monaru.
Podejrzewamy że ogień mógł podłożyć ktoś z byłych
mieszkańców, wyrzucony być może za alkohol lub narkotyki.
Policja nie ustaliła jeszcze co było przyczyną pożaru.
Opinia biegłego będzie znana dopiero w tym tygodniu.
Mieszkańcy Monaru nie pozostali bez wsparcia. Zbiórkę
odzieży i obuwia prowadzi dla nich MOPR oraz Urząd Miasta
Chełm. Natomiast pomoc przy rozbiórce spalonego budynku
zaoferował MPGK.
(hms) 23.05.2006
|
| |
Po pożarze w
chełmskim ośrodku MONAR - MARKOT przestraszeni
mieszkańcy wystawiają w nocy straże
Boimy się, że podpalacz wróci
Chociaż nie ma jeszcze opinii biegłego, która
określiłaby przyczyny pożaru w ośrodku Monaru,
mieszkańcy są przekonani, że to było podpalenie. Od
feralnej nocy boją się, że podpalacz wróci, aby skończyć
to, co zaczął.
Ogień pojawił się nocą w drewnianym budynku na skraju
ośrodka. Na szczęście nikt w nim nie mieszkał. Wewnątrz
przechowywano rzeczy, które udało się pozyskać: żywność,
meble, ubrania i zabawki dla najmłodszych. - Nie
wiedziałam, co się dzieje. Obudziło mnie łomotanie w
okno i krzyki, że się pali - Barbara Fijałkowska,
szefowa ośrodka ciągle nie może spokojnie opowiadać o
wydarzeniach tamtej nocy. - Okazało się, że ktoś już
wezwał straż. Ale kiedy przyjechała, płomienie
wydostawały się już z budynku wysoko ponad dach.
Potwierdza to Piotr Ołówek, rzecznik chełmskiej straży
pożarnej. - Istniało zagrożenie, że ogień może przenieść
się na sąsiedni, zamieszkany, budynek - mówi.
Wyrwani ze snu mieszkańcy razem z dziećmi wybiegli na
dwór. Przestraszeni obserwowali, jak ratownicy zmagali
się z żywiołem. Pożar ugaszono nad ranem. Rozpoczęło się
liczenie strat. - Z przechowywanych w magazynie mebli
nic nie zostało - ubolewa Fijałkowska. - Musieliśmy
wyrzucić przesiąkniętą dymem żywność. Prawdopodobnie
niewiele uda się uratować z odzieży. Choć ogień do niej
nie dotarł, swoje zrobiły dym i woda. Na szczęście
ocalała kuchnia i stołówka.
Strawiony przez ogień budynek trzeba będzie rozebrać.
Bez odpowiedniego sprzętu nie będzie to łatwe. Problemem
może być także pozostała w ścianach wata szklana. Ale to
nie wszystkie kłopoty, bo pożar pozostawił po sobie nie
tylko straty materialne, ale także strach. Mieszkańcy są
przekonani, że pożar nie był przypadkowy. - To
podpalenie - mówią z przekonaniem. - Może to ktoś
wyrzucony z ośrodka za picie albo narkotyki. Może chcieć
dokończyć to, co zaczął.
Już trzecią noc pilnują terenu. Aż do rana. Nikt nie
narzeka, bo boją się wszyscy. - Zawsze jest dwóch
portierów, ale my z kolegą też wstajemy w nocy i
sprawdzamy - mówi jeden z mężczyzn. - Nie wiem, co bym
zrobił takiemu draniowi, jakbym go złapał.
Policja na razie wstrzymuje się z ocenami. - Lada dzień
będziemy mieli opinię biegłego. To od niej będzie
zależało, jakie dalej podejmiemy działania. - mówi
Henryk Marciniak, rzecznik chełmskiej policji.
Dotąd miasto nie zorganizowało jeszcze żadnej pomocy dla
podopiecznych ośrodka. - Będę rozmawiał na ten temat z
prezydentem - mówi Mariusz Kowalczuk, dyrektor Wydziału
Spraw Społecznych. - Na pewno nie zostawimy tych ludzi
samym sobie.
Joanna Sadowska
|
| |
Bezpieczeństwo
dla narkomanów
Zarząd krakowskiego MONARU chce utworzyć pokój do
bezpiecznych iniekcji. Takie pomieszczenie miałoby
ograniczyć narkotyzowanie się w miejscach publicznych i
związane z tym zagrożenia. W myśl obecnej ustawy
antynarkotykowej - pokój działałby nielegalnie. Ludzie
biorą narkotyki w każdej kulturze, pomimo prób
zablokowania handlu. Według Światowej Organizacji
Zdrowia skuteczne działania, które mogłoby zapobiec
używaniu narkotyków - nie istnieją. W dobie epidemii tej
choroby działania profilaktyczne wśród narkomanów są
więc szczególnie ważne i potrzebne.
Pokój iniekcyjny to jedno z założeń redukcji szkód. Ma
ona dwa główne cele. Pierwszy - to dostarczenie czystych
igieł i strzykawek do jak największej liczby chorych.
program ten realizują krakowscy street - workerzy. Drugi
cel - stworzenie monitorowanego, sterylnego miejsca
dokonywania iniekcji. Ograniczyłoby to narkotyzowanie
się w miejscach publicznych i związane z tym przypadkowe
zakażenia. - dla chorej osoby zabieg, którego dokonuje,
jest czysto fizjologiczny jak siusianie - twierdzi
Grzegorz Wodowski, członek zarządu małopolskiego Monaru.
- Czy gdyby zamknąć szalety miejskie przechodnie
przestaną mieć pełne pęcherze? Oczywiście, że nie. Swoje
potrzeby załatwią w krzakach czy w bramie, obsikując
sobie nogawki - dodaje.
Redukcja szkód może powstrzymać rozprzestrzenianie się
chorób zakaźnych, włączając w to HIV/AIDS, wirusowe
zakażenia wątroby typu B i C wśród całego społeczeństwa.
Ogranicza używanie narkotyków w miejscach publicznych
oraz pozostawianie tam igieł i strzykawek. Program
redukcji szkód jest pomostem łączącym narkomanów z
sektorami opieki socjalnej, medycznej i terapeutycznej,
dzięki którym mogą rozwiązywać swoje problemy związane z
uzależnieniem. - Docierając do narkomanów, stwarzamy im
szansę na dokonywanie pozytywnych zmian. Mając nadzieję,
że w przyszłości mogą zaprzestać przyjmowania narkotyków
- chcemy stwarzać im warunki do minimalizowania szkód,
jakie związane są z ich używaniem - wyjaśnia Grzegorz
Wodowski.
Zakażenie wirusem HIV i wirusem wątroby prowadzą do
śmierci. Środki stosowane przez redukcję szkód ratują
więc życie.
Przychodząc do pokoju iniekcyjnego klient otrzymywałby
czysty sprzęt do zabiegu. Znajdowałby się pod superwizją
pracownika placówki, który w przypadku przedawkowania
natychmiast udziela pomocy. Pokoje iniekcyjne i
depenalizacja spowodowałyby zyski społeczne, ponieważ
skutkują mniejszą ilością publicznych zachowań
związanych z iniekcjami, oraz mniejszą ilością osób w
więzieniach. Za leczenie oraz utrzymanie w więzieniu
narkomanów, płacą bowiem podatnicy. Jednak, w myśl
obecnej ustawy antynarkotykowej, taki pokój działałby
nielegalnie.
Malwina Tarłowska, Dziennik Polski, 23 maja 2006 r.
|
| |
Mają trudności w walce z
codziennością
Dwa miesiące temu pisaliśmy o nastoletnich
pacjentach Monaru, którzy stworzyli program profilaktyczny
dla młodzieży z łódzkich blokowisk. Program właśnie ruszył.
Michał zetknął się z narkotykami na osiedlu. - Kumple,
zabawa i odlot. Nic innego się nie liczyło - wspomina dawne
czasy. Na szczęście, dzięki rodzicom, sądowi i policji
trafił do Monaru. Tam poznał Piotrka, Łukasza i Martyna. Na
jednym z letnich obozów chłopcy spotkali się z wychowawcami
gdańskiego ośrodka. - Opowiedzieli nam o projekcie, którzy
stworzyli. Jego celem jest odciągnięcie młodzieży od
narkotyków poprzez zajęcia muzyczne. Pomyśleliśmy, czemu by
nie spróbować w Łodzi - opowiada Michał.
Wspólnie napisali program, na który dostali dofinansowanie z
UE. Nazwali go "Walką z codziennością". Udział w nim może
wziąć każdy w wieku 16 - 25 lat. Na zajęciach młodzi ludzie
przez osiem miesięcy będą uczyć się tworzyć muzykę hiphopową
i rockową. - Przyjmujemy już pierwsze zgłoszenia.
Stworzyliśmy kilka sekcji: nauki gry na gitarze
elektrycznej, basowej i perkusji. Są też zajęcia, gdzie
uczestnicy będą próbowali pisać teksty i obsługiwać
specjalistyczne programy do robienia takiej muzyki -
opowiada Michał. Kilkumiesięczny projekt to także spotkania
z ciekawymi ludźmi i dwukrotna wizyta w studiu nagraniowym.
Podsumowaniem będzie nagranie płyty oraz koncert dla rodziny
i przyjaciół.
W Młodzieżowym Ośrodku Socjoterapii SOS przy ul. Wapiennej
pojawili się pierwsi zainteresowani programem. - Jeszcze
pokażę, co potrafię. Płyta, sława, nagrody, teledyski i
kobiety. Zobaczą, na co mnie stać! - zapowiadał
szesnastolatek. Byli też tacy, którzy znaleźli szansę na
spełnienie swoich marzeń. - Zawsze chciałem nauczyć się grać
na gitarze, ale nigdy nie było możliwości. Przez pieniądze.
Teraz może się udać! - mówił Marcin, uczeń technikum.
Chociaż organizatorzy są zadowoleni z odzewu młodzieży,
liczą jednak cały czas na więcej. Dzwonią po całej Polsce w
poszukiwaniu sponsorów, a chętnych werbują nawet na ulicach.
- Rozwieszamy plakaty, rozdajemy ulotki, zaczepiamy ludzi na
Piotrkowskiej, szukamy ludzi w domach dziecka. Ciągle ich
jednak brakuje. Podobnie jak sprzętu. Potrzebujemy
wzmacniacza, gitar - wymienia kolejno Martyn. - Mógłby nam
też pomóc jakiś nauczyciel śpiewu i profesjonalny zespół
hiphopowy, który pokazałby nam parę sztuczek - dodaje
Michał, odliczając dni do pierwszych zajęć praktycznych,
które ruszą zaraz po świętach. -Jeśli szybko czegoś nie
znajdziemy, nie wiem, co będzie dalej - martwi się.
Grzegorz Blachowski, Gazeta Wyborcza, Łódź 19.04.2006
|
| |
Wiosna na trzeźwo
Festyn w Parku
Jak nie wpaść w sidła narkotyków i jak nie ulec alkoholowi,
takie bezcenne rady, otrzymali uczniowie, którzy wczoraj
wzięli udział w festynie na powitanie wiosny. Choć było na
poważnie, nie zabrakło dobrej zabawy: grała muzyka, można
było pośpiewać i potańczyć.
Jako pierwsi na miejsce dotarli uczniowie klasy piątej ze
szkoły Podstawowej nr 12 z ulicy Wspólnej. - Szukamy wiosny,
chociażby najmniejszych śladów. Dlatego przyszliśmy tu do
parku. Ale to tylko jedno z miejsc, które dzisiaj
odwiedzimy. Przy okazji utrwalamy sobie zasady ruchu
drogowego- wyjaśniła nam Elżbieta Kaleta, nauczycielka
wychowania fizycznego z "dwunastki".
Zaraz po nich zjawili się uczniowie klasy II b Liceum
Profilowanego z Kieleckiego Zakładu Doskonalenia Zawodowego.
Przynieśli oni ze sobą marzannę, wykonaną przez Mariolę
Kaletę i Sylwię Wieczorek. Wszyscy, którzy przyszli do
Kieleckiego parku miejskiego, mogli liczyć na udaną zabawę.
Do tańca zachęcał Silnio Sambii, Maltańczyk, którego nie
odstraszyła polska zima. Były też konkursy. Wybierano
najładniejszą Marzannę i najsympatyczniejszą klasę. Wysoki
poziom imprezy zapewnili też sami prowadzący, niezrównany w
tej roli Wit Chamera. Dariusz Łuczak ze Świętokrzyskiego
Centrum Profilaktyki i Edukacji oraz Marek Sochacki ze
Świętokrzyskiego Monaru rozdawali ulotki i informowali
uczniów do czego mogą doprowadzić narkotyki i alkohol.
Zmaganie człowieka z otaczającym go światem obrazował także
happening pod tytułem "To" zaprezentowany przez aktora Kubę
Sielskiego.
/dota/ Echo dnia nr 69, 22.03.2006
|
| |
Nie czekamy na mannę z nieba
- Nasze święta nie różnią się od tych w
polskich domach - mówi Tomasz Baliński, kierownik Ośrodka
Monarowskiego w Klizinie (gm. Kodrąb)
• Ireneusz Staszczyk: Dzisiaj przypada Dzień
Bezdomnego, to chyba dość smutne święto...
Tomasz Baliński: - To nawet wstyd, że taki dzień jest w
kalendarzu, ale z drugiej strony, jak świat światem,
bezdomni byli i będą. Bezdomnym można zostać z tysiąca
różnych powodów, to może spotkać właściwie każdego z nas...
Problemem jest, jak wyjść z bezdomności.
• A można z tego wyjść?
- Można. Jest to jednak bardzo trudne, najważniejsze, żeby
ktoś na początku tej trudnej drogi pomógł.
• Przyzna Pan, że bezdomnym często zostaje się z
wyboru, na własne życzenie?
- Zgadzam się. Choć wyobrażenie o bezdomnych u nas jest
jednak powierzchowne. To menel, brudny, zaniedbany, pijący
wodę po goleniu, denaturat. Jednak tak nie jest... Bo, gdy
zdrowy chłop traci pracę, ma koło pięćdziesiątki, siedzi w
domu, żona ciosa mu kołki na głowie, to wychodzi przed blok,
znajduje podobnych kompanów, wypijają jedno, dwa piwa i tak
się zaczyna.
• Ale bezdomnymi są też ludzie młodzi?
- Tak, ma pan rację, bo do pewnego wieku państwo jest dobrym
wujkiem i podaje wszystko na tacy. Później, na przykład
"absolwenci" domów dziecka w chwili usamodzielnienia
zostawieni są sami sobie, bezradni wobec codziennych
problemów. Dlatego tak wielu trafia na ulicę...
• To jaka jest recepta na wyjście z bezdomności?
- Praca... U mnie w ośrodku wszyscy podopieczni pracują.
Tutaj manna im z nieba sama nie spadnie. Prawie trzydziestu
zdrowych mężczyzn, gdyby nic nie robiło, to głupie myśli
przychodziłyby im do głowy.
• Bezdomność szczególnie dokucza w okresie świąt,
jak spędzicie więc ten czas?
- Nasze święta niczym nie będą się różnić od tych w polskich
domach. Wielu z nas wybiera się na mszę rezurekcyjną, będzie
tradycyjne śniadanie. Wiem, że są też prowadzone
przygotowania do lanego poniedziałku. U nas jajeczka czy
małe sikaweczki nie wchodzą w rachubę. W ruch idą
najczęściej wiadra.
• A ile wielkanocnych koszyków przygotujecie?
- To będzie jeden wielki kosz wielkanocny, a może nawet nie
kosz tylko wóz drabiniasty, którym pojedziemy do kościoła.
Będzie w nim kilkanaście kilogramów kiełbasy, a jajek to tak
naprawdę jeszcze nie wiem, ile z pewnością ponad 50.
|
| |
Teraz Monar
Największa organizacja w Polsce
przeciwdziałająca narkomanii prowadzi rozmowy z władzami
miasta w sprawie utworzenia w Gorzowie poradni dla osób
uzależnionych od narkotyków oraz ich rodzin.
Jak pokazują statystyki, problem sięgania po narkotyki wśród
młodzieży jest poważny. Dlatego już kilka tygodni temu radny
Piotr Dębicki opowiadał się za wprowadzeniem do szkół
narkotestów. Po naszym artykule na ten temat pojawiły się
kolejne pomysły przeciwdziałania narkomanii w Gorzowie;
między innymi pomysł utworzenia placówki Monaru. - Istnieje
poradnia przy ul. Towarowej oraz Towarzystwo
Przeciwdziałania Narkomanii, ale to za mało. Potrzebny jest
ośrodek z dużym doświadczeniem i wypracowanymi metodami
działania - mówi radny. Zdaniem szefowej organizacji Jolanty
Koczurowskiej szansa na powstanie Poradni Profilaktyki i
Terapii MONAR w Gorzowie jest realna. - Przeprowadziliśmy
już wstępne rozmowy z przedstawicielami władz miejskich.
Jesteśmy obecnie na etapie przygotowywania naszej oferty,
która zostanie przedstawiona panu prezydentowi -mówi szefowa
organizacji. Jej zdaniem taka placówka w Gorzowie jest
potrzebna. Nie wiadomo jeszcze, czy władze Gorzowa zgodzą
się na powołanie ośrodka. - Na pewno pomysł jest godny
uwagi, ale przede wszystkim musimy przeprowadzić konsultacje
z ekspertami, by ocenić, czy potrzebna jest kolejna poradnia
- mówi wiceprezydent Zofia Bednarz. Urzędnicy boją się
także, że pomysł spotka się ze sprzeciwem społecznym. W
nadchodzącym tygodniu przedstawiciele organizacji mają
wysłać oficjalne pismo do prezydenta Tadeusza Jędrzejczaka.
28.02.2006, Gazeta Wyborcza, JULITA PIEŃKOSZ, Zielona
Góra
|
| |
Po narkotestach czas na
Monar
Największa organizacja w Polsce
przeciwdziałająca narkomanii prowadzi rozmowy z władzami
miasta w sprawie utworzenia w Gorzowie poradni dla osób
uzależnionych od narkotyków oraz ich rodzin.
Jak pokazują statystyki, problem sięgania po narkotyki
szczególnie wśród gorzowskiej młodzieży jest poważny. Według
anonimowej ankiety przeprowadzonej przez Towarzystwo
Zapobiegania Narkomani do kontaktu z narkotykami przyznaje
się 26 proc. gimnazjalistów i 43 proc. licealistów. Dlatego
już kilka tygodni temu radny Piotr Dębicki opowiadał się za
wprowadzeniem do szkół narkotestów. Po naszym
artykule na ten temat pojawiły się kolejne pomysły
przeciwdziałania narkomanii w Gorzowie, między innymi pomysł
utworzenia placówki Monaru, jednej z największych w Polsce
organizacji zajmującej się przeciwdziałaniem narkomanii. -
Jeden z internautów, komentując artykuł w internecie,
zaproponował, żeby zamiast narkotestów powstała w Gorzowie
profesjonalna placówka pomagająca ludziom uzależnionym i
skontaktował mnie z przedstawicielem krakowskiego Monaru -
opowiada Dębicki. Zdaniem radnego powstanie takiego ośrodka
w Gorzowie
jest bardzo ważne, ponieważ mało jest miejsc, gdzie ludzie
borykający się
z problemem narkotyków mogą uzyskać profesjonalną pomoc. -
Istnieje poradnia przy ul. Towarowej oraz Towarzystwo
Przeciwdziałaniu Narkomanii, ale to za mało. Potrzebny jest
ośrodek z dużym doświadczeniem i wypracowanymi metodami
działania - mówi. Zdaniem szefowej organizacji Jolanty
Koczurowskiej szansa na powstanie Poradni Profilaktyki i
Terapii Monar w Gorzowie jest realna. -Przeprowadziliśmy już
wstępne rozmowy z przedstawicielami władz miejskich.
Jesteśmy obecnie na etapie przygotowywania naszej oferty,
która zostanie
przedstawiona panu prezydentowi - mówi szefowa organizacji.
Jej zdaniem taka placówka w Gorzowie jest potrzebna. - Mamy
30 lat doświadczenia w pracy z osobami używającymi
narkotyków. Udzielamy pomocy specjalistycznej w zakresie
konsultacji, poradnictwa, terapii indywidualnej i grupowej,
oferujemy pomoc ambulatoryjną, stacjonarną terapię oraz
rehabilitację dla osób uzależnionych. Dysponujemy
profesjonalnymi kadrami - mówi Koczurowska. Nie wiadomo
jeszcze, czy władze Gorzowa zgodzą się na powołanie w
Gorzowie takiego ośrodka. - Na pewno pomysł jest godny
uwagi, ale przede wszystkim musimy przeprowadzić konsultacje
z ekspertami, by ocenić, czy problem narkomanii w Gorzowie
jest aż tak duży, by powoływać kolejną poradnię - mówi
wiceprezydent Zofia Bednarz. Urzędnicy boją się także, że
spotka się to ze sprzeciwem społecznym. - Ludzie na ogół
wiedzą, że problem istnieje, ale starają się go odsunąć jak
najdalej. Taka poradnia może budzić kontrowersje - mówi
wiceprezydent. Na razie nie wiadomo też, gdzie miałaby się
mieścić poradnia. - Czekamy na wniosek Monaru, bo musimy
dokładnie wiedzieć, jakie wymagania musi spełniać lokal.
Wtedy dopiero będziemy szukać miejsca - tłumaczy
wiceprezydent Ewa Piekarz. Zdaniem Koczurowskiej lokal może
być skromny, ale powinien być łatwo dostępny. - To musi być
minimum 70 m kw., z dwiema toaletami dla osób uzależnionych
i zdrowych - mówi. Trzeba też będzie znaleźć pieniądze na
dwa etaty dla osób pracujących w poradni.
Władze miasta chętnie pomogą w znalezieniu odpowiedniego
lokalu.
O finansowaniu działalności poradni na razie nie może być
mowy. - Jako organizacja pozarządowa Monar może wystartować
w konkursie na takie usługi w przyszłym roku - mówi Jolanta
Cieśla, rzecznik magistratu.
W nadchodzącym tygodniu przedstawiciele organizacji mają
wysłać oficjalne pismo w sprawie gorzowskiej placówki Monaru
do prezydenta Tadeusza
Jędrzejczaka.
28.02.2006, Gazeta Wyborcza, Julita Pieńkosz, Gorzów
Wielkopolski
|
| |
Tłok w noclegowniach - śpią
gdzie się da
Łóżka stoją wszędzie, gdzie tylko się mieszczą. Wieczorami
dokładane są jeszcze materace. Noclegownie dla bezdomnych
wykorzystują każdy metr kwadratowy podłogi.
Teoretycznie nie powinniśmy już nikogo przyjmować, ale
przecież na taki mróz nikogo nie wyrzucimy. mówi Mariusz
Depa, kierownik noclegowni Markotu przy ulicy Borówki w
Poznaniu. Miejsca do spania zaaranżowaliśmy już wszędzie,
gdzie się dało. Zajęte są biura i świetlica. Kto nie ma się
gdzie położyć, siedzi na krześle.
Taka sytuacja jest niemal w każdej poznańskiej noclegowni.
Bezdomni mogą liczyć tu nie tylko na miejsce do spania. Trzy
razy dziennie wydawany jest posiłek. Na obiady przyjeżdżają
ludzie z całego Poznania, nie tylko mieszkańcy naszej
noclegowni. mówi M. Depa. Osoby, które opuszczają szpitale
odsyłamy raczej do pogotowia społecznego. Tam jest
pielęgniarka, opieka całodobowa. Aby zamieszkać w noclegowni
trzeba przystosować się do panującego tu regulaminu. Nie
każdemu odpowiada zakaz picia alkoholu, czy palenie
papierosów w wydzielonych miejscach. Wielu ryzykuje zdrowie,
a nawet życie w imię dziwnie pojmowanej wolności.
Spędzam tu prawie całe dnie, ale mieszkam z kolegami na
działkach - mówi Irek. Nie boję się mrozu. Mamy piecyk,
jakoś sobie radzimy. Noclegownia to nie dla mnie. Duszę się
w takich miejscach na dłuższą metę. No, ale pogoda czasami
zmusza do kompromisów.
8.02.2006, KRYSTIAN SZRAMA, Głos Wielkopolski
|
| |
MONAR Ośrodek i tak ruszy
W połowie roku ma ruszyć ośrodek profilaktyczny bydgoskiego
"Monaru" przy Świętej Trójcy.
Starania o utworzenie takiego ośrodka trwają już od pewnego
czasu. Do tej pory nie udawało się znaleźć jednak
odpowiedniej lokalizacji. Przeciwko tej przy ulicy Polnej
protestowali okoliczni mieszkańcy. Ponad rok temu miasto
przekazać "Monarowi" budynek przy ulicy Świętej Trójcy. Na
początku 2005 roku została podpisana umowa użyczenia
obiektu. Zgodnie z nią, Administracja Domów Miejskich
zobowiązała się do przeprowadzenia drobnych remontów.
"Monar" jako najemca budynku ma zająć się dalszą adaptacją.
-Umowa jest bardzo korzystna dla "Monaru", bo uiszcza tylko
opłaty eksploatacyjne, a nie pobieramy od nich czynszu -mówi
Krzysztof Nurkiewicz z ADM. -My już wykonaliśmy prace, do
których się zobowiązaliśmy. Usunęliśmy skutki pożaru, jaki
miał tam kiedyś miejsce, a wiosną założymy instalacje wodną
-dodaje Nurkiewicz.
Wiadomo już, że gruntowny remont budynku przy Świętej Trójcy
będzie kosztował 104 tysiące złotych. -Jeżeli nie dostaniemy
całej sumy od miasta, zamierzamy modernizować obiekt etapami
-tłumaczy Marek Południak z "Monaru". -Obliczyliśmy, że na
doprowadzenie pomieszczeń do w miarę dobrego stanu
potrzebujemy około 30 tysięcy. Tyle akurat mamy.
Ośrodek profilaktyczny "Monaru", który prawdopodobnie ruszy
w połowie roku, ma się zajmować nie tylko pomocą dla dzieci
i młodzieży uzależnionych od narkotyków.
-Chcemy stworzyć coś na kształt świetlicy terapeutycznej dla
dzieciaków z tak zwanych trudnych rodzin -dodaje Południak.
-Mamy już odpowiednią kadrę, miedzy innymi psychologów i
pedagogów do pracy z dziećmi.
10.02.2006, ANNA STASIEWICZ, Gazeta Pomorska
|
| |
OŚRODEK MONARU w Lucie nie może zacząć funkcjonować
Tylko kuchni brak.
Młodzi narkomani wciąż nie mają swojego ośrodka
leczenia w Lucie koło Stąporkowa. Co prawda w marcu
zakończy się remont piętra, ale brakuje pieniędzy na
kuchnię, a bez niej ośrodek nie może działać.
Kiedy trzy lata temu świętokrzyski ośrodek terenowy
stowarzyszenia Monar
otrzymał od władz samorządowych budynek po szkole w
miejscowości Luta,
wydawało się, że szybko powstanie pierwszy w województwie
ośrodek leczenia uzależnionej młodzieży. Tymczasem nie ma go
do dzisiaj. Dorośli alkoholicy i narkomani (po 18. roku
życia) mają gdzie się leczyć, młodych trzeba odsyłać do
ośrodków w innych częściach kraju. - Adaptację budynku
robimy prawie
wyłącznie dzięki prywatnym sponsorom. Trudno się doprosić
jakąkolwiek instytucję o wsparcie. Ja tego nie rozumiem, bo
pieniądze na leczenie takiej młodzieży są, ale nie ma na
remont czy adaptację pomieszczeń - żali się Marek Sochacki,
przewodniczący świętokrzyskiego Monaru. Wylicza, co już
zrobili. Od PHU Jezierski dostali okna, od Domu Dziecka
"Dobra Chata" przy ul. Sandomierskiej w Kielcach wyposażenie
dla 40 osób - łóżka, koce, kołdry, pościel, szafki.
Za pieniądze sponsorów wykończyli sanitariaty, w marcu
zakończą remont
pierwszego piętra. Opłacają stróża, prąd, ogrzewanie.
Pensjonariuszy jednak w ośrodku nadal nie ma. - Bez kuchni
nie ma mowy o odbiorze obiektu. Tak mało nam
brakuje, 30-40 tys. zł - mówi Sochacki. Jedyną instytucją,
która dofinansowała ośrodek, jest Świętokrzyski Urząd
Wojewódzki, który przyznał 5 tys. zł dotacji. - Występujemy
do urzędu marszałkowskiego, ale bezskutecznie. Ostatnio
ogłosił nawet program zapobiegania ileczenia narkomanii.
Zapisany jest warunek, że pieniądze można przeznaczyć na
programy profilaktyczne, lecz nie na remonty ani na
adaptacje budynku. I tak w koło Macieju - twierdzi Sochacki.
- Znamy ten problem. Niestety, przepisy nie pozwalają na
dofinansowanie remontu, adaptacji i wyposażenia takich
obiektów - twierdzi Barbara Green, zastępca dyrektora
departamentu spraw społecznych urzędu marszałkowskiego.
Wygląda na to, że i w tym roku świętokrzyskie pozostanie
jedynym województwem bez stacjonarnego ośrodka dla leczenia
młodych osób uzależnionych od narkotyków.
22.02.2006, ZIEM, Gazeta Wyborcza Kielce
|
| |
Z tego bagna można wyjść
Są licealistami. Brali narkotyki,
teraz z nich wychodzą. Wymyślili, jak odciągnąć od
narkotyków młodzież z blokowisk. 4,5 tys. euro da na ich
pomysł Unia Europejska.
Michał Budrewicz, lat 18, właśnie skończył terapię w
łódzkim ośrodku Monar. Był tam przez 20 miesięcy.- bez
dwóch dni- zaznacza. Jego kolega, 17- latek Piotrek
Dudziński, leczy się tam 9 miesiąc.
Po narkotyki sięgnęli bardzo wcześnie.- miałem 13 lat i
żadnych przyjaciół. Zawsze stałem z boku - opowiada
Piotrek. - Chciałem wkręcić się w osiedlowe towarzystwo.
Najprostszy sposób? Wspólne jaranie trawki. Potem poszło
wszystko naraz. Nawet nie chce się wymieniać.
Michał też zaczął brać na osiedlu. - Kumple, zabawa i
odlot. Nic innego się nie liczyło zacząłem od
amfetaminy, później doszły ekstazy i marihuana. I
zaczęły się kłopoty z prawem.
Rodzice, nakazy sądowe i policyjne upomnienia zmusiły
chłopaków do leczenia. Piotrek przyjechał do łódzkiego
Monaru ze Skarżyska kamiennej, Michał z Gdańska. - Nie
wierzyłem, ze się uda. Przez 20 miesięcy mojego pobytu
terapię skończyło zaledwie kilka osób. A i tak nie ma
pewności, że ten, kto wychodzi, już nie weźmie - mówi
Michał. Piotrek swój pobyt traktował jako przeczekanie.
- Nie chciałem się w nic angażować. Tylko uciec od
problemów.
Przełom to letni obóz pacjentów Monaru. -Wychowawcy z
gdańskiego ośrodka zaczęli opowiadać o projekcie, który
ma odciągać dzieciaki od narkotyków. Organizowali dla
nich zajęcia muzyczne, skoki na spadochronach i
wspinaczkę - mówi Piotrek. - Pomyśleliśmy, ze w Łodzi
też nie brakuje dzieciaków, które nie wiedzą, co ze sobą
zrobić.
Piotrek i Michał napisali program., który ma wyciągnąć
młodzież z ponurych łódzkich blokowisk. Może zgłosić się
każdy w wieku 16-25 lat. Pomyśleliśmy, ze najbardziej
zainteresuje ich muzyka, dlatego całość opiera się na
stworzeniu dwóch warsztatów: rockowego i hiphopowego -
wyjaśniają. Przez osiem miesięcy będą uczyć się grać na
różnych instrumentach, poznając techniki obróbki dźwięku
i stworzą własny repertuar. Uzupełnieniem będą
systematyczne spotkania z terapeutami z Monaru i rozmowy
o uzależnieniach i narkotykach.
Na próby i zajęcia terapeutyczne pomieszczenia udostępni
za darmo łódzki Szkolny Ośrodek Socjoterapii. Ola
Kubiak, terapeutka z Monaru, zorganizowała
profesjonalnego DJ-a i darmowy czas w studiu nagrań. Po
zakończeniu projektu grupa nagra własną płytę! Planujemy
też duży koncert dla rodzin, znajomych i podopiecznych
Monaru. Niech się przekonają, ze z tego bagna można
wyjść- mówi Piotrek.
Teraz muszę jeszcze zdobyć instrumenty. - Mamy perkusję,
ale jeszcze niekompletną. Brakuje gitar i wzmacniaczy.
Staramy się o zniżki i sponsora, ale jest ciężko -
przyznaje Michał.
Projekt spodobał się Narodowej Agencji programu
"Młodzież" w warszawie, która dała na jego realizację
4,5 tys. euro z funduszy unijnych. -Gdy przyszła
odpowiedź, ze po drobnych poprawkach możemy dostać kasę,
ślęczeliśmy w papierach godzinami, wydzwanialiśmy, gdzie
tylko można było. I udało się! - opowiada Michał.
- Program jest zaakceptowany. Rusza 1 marca - mówi
Amudena Rutkowska nadzorująca program Młodzież" w
Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji. - Chłopaki zrobili
kawał świetnej roboty.
27.01.2006, Gazeta Wyborcza Justyna Dukowska, Łódź
|
| |
Dzieci z Bajki
Za lasem, na obrzeżach Warszawy jest miasto w mieście -
Bajka, dom samotnej matki z dziećmi. Bajka tylko z nazwy
Zimą jest jeszcze ciemno, gdy wydreptują ścieżki do szkoły
przez las. "Markotowskie" dzieci nie boją się tutejszych
dzików, jakby co, położą się na ziemi. Bardziej boją się
pijanych ojców i śmiechu dzieci z zewnątrz, które nazywają
"te z blokowisk". Agnieszka zacina się w czytaniu, Kamil
ucieka ze szkoły, a do Karola nauczyciel znów syknął: "Markotowski
dzieciak". Matka zrobiła z tego powodu taką burdę, że w
zeszłym roku nie zdał. 14-letni Karol już wie, że dla niego
wskoczyć w życiu wyżej, to skończyć szkołę gastronomiczną.
Już podgląda, jak matka gotuje.
"Na zewnątrz" mają łatkę: bez domu, gorsze, biedne, brudne.
Jest w nich jakaś mądrość życiowa, inna niż u tych z
mamusią, tatusiem i obiadem o 14. Szybciej uczą się
dorosłych zadań, np. zasłonić się przed pięścią albo
przeczekać na ulicy, aż ojciec zaśnie. Jedne już pouczają
swoje naiwne matki, drugie dorastają w ośrodkach w poczuciu,
że im się należy.
Na obrzeżach Warszawy, dokąd prowadzi śliska droga wśród
lasu, dziewięć długich baraków, które dawniej były hotelami
robotniczymi Hydrobudowy, tworzy miasteczko. Żyje tu 114
kobiet i 227 dzieci. To należąca do Markotu Bajka, dom
samotnej matki z dziećmi. Bajka tylko z nazwy.
Bóg mnie zrobił na próbę
Na podwórku przed niskim budynkiem biega bez celu gromada
młodszych dzieci, obok mężczyźni o podobnych do siebie
twarzach sprzątają gruz. Po drugiej stronie, w sieni innego
niskiego domu mężczyzna kładzie na kartce papieru dużą rękę,
którą mała dziewczynka, jeszcze w piżamie, choć już
południe, obrysowuje mazakiem dla zabawy. Tu maluchy bawią
się byle czym. Po korytarzu kręcą się dzieci i kobiety.
Wszystkie to ciocie. Najmłodszym zdarza się, że mylą, która
jest matką.
Jasiek dojada kanapkę z mielonką. Tu dzieci nie grymaszą. -
Dobrze, że tak na odludziu. Człowiek nie czuje wstydu - Ewa
patrzy przez okno, bujając na kolanach dwuletniego Jasia.
Znów zaczął robić w pampersy i przestał mówić. - Zawsze, gdy
robiłam porządki w szafie, przywoziłam tu stare rzeczy, bo
nie lubię marnować. Nigdy bym nie pomyślała, że wożę dla
siebie... Ewa powiesiła w oknie koronkowe firanki ze swojego
mieszkania, żeby choć trochę upozorować dom. Lubi mieć
swoje, zabrała młotek, śrubokręt, garnki. Część dorobku
rozpożyczyła już po pokojach, resztę zostawiła po ludziach w
Ząbkach. W małym, ciemnym pokoju stoją stary regał,
wersalka, łóżeczko. Synowie z pierwszego związku są u
teściowej, starszy nie chce tu przyjechać, młodszy już był w
ubiegłą sobotę. O 34-letnim życiu Ewa mówi: - Pan Bóg zrobił
mnie na próbę, żeby zobaczyć, ile człowiek może wytrzymać -
w dwa miesiące tak schudła i poczerniała na twarzy.
Historia Ewy: - Było nas trzy dziewczyny i trzech chłopaków.
Matka - pracownik biurowy, ojciec - górnik, niby żadnej
patologii, alkoholu. To było chyba najgorsze... Zazdrościłam
koleżankom, gdy opowiadały, że ojciec przyszedł pijany,
zdjął buty i śpi. Wolałabym, żeby spał... Zaczął przychodzić
do mojego pokoju, gdy miałam osiem lat. Pękło we mnie
dopiero po sześciu latach, wtedy JEJ powiedziałam - słowo
matka nie chce Ewie przejść przez gardło. - Krzyknęła: "Po
co paradujesz w koszuli do łazienki?!". Kilka ucieczek do
dziadków, dwie próby samobójcze. Nie skończyłam zawodówki,
ciągle uciekałam. Wyszłam za mąż w wieku 17 lat. Nie wiem,
czy z miłości, czy żeby znów uciec... W 1989 r. urodził się
syn, rok później - drugi. Mąż pił, ale tłumaczyłam sobie, że
się zmieni. Córkę urodziłam w siódmym miesiącu, 11 dni
później, gdy mąż z kolegami popijał w pracy, umarła mi na
rękach. Tej nocy osiwiałam. Odeszłam, znalazłam mieszkanie,
pracę, potem poznałam Adama. Żaden degenerat, były
pułkownik, pracownik ochrony - wyciąga zdjęcie przystojnego
mężczyzny w mundurze. - Taki był dobry, że kiedy padał
deszcz, jakby mógł, suchy chodnik by mi pod nogi kładł.
Trzymał mnie za rękę, gdy rodził się Jasiek. Potem się
zmienił... Tamtego dnia wyszedł zapłacić czynsz. Dwa
tygodnie czekałam z dzieckiem bez środków do życia. Aż
trafiłam do Bajki.
Ewa jest "00", tak mówią te, które nie mają nic, żadnego
dochodu. Na początku nikt nie wiedział, gdzie Ewa jest. Ze
wstydu. Zawsze zaradna, kiedyś szanowana brygadzistka w
pracy... Mówimy bez szczegółów, lepiej, żeby Adam nie
wiedział. W Wigilię dostała od niego SMS-a: "Drogo, kurwo,
pożałujesz, że wyłączyłaś telefon".
- Słyszę, że niektóre mieszkają tu po siedem lat. Nie
zostanę - mówi wolno, czasem milknie. Ewa obserwuje siebie z
boku: jak wstaje, parzy kawę, potem gotuje mleko dla Jaśka,
idzie na dyżur w kuchni, potem na spacer wśród baraków,
obiad, ścieranie korytarza. I to pytanie w uszach: co ja tu
robię? Już załatwiła sobie sprzątanie na noc. W dzień będzie
siedzieć z Jaśkiem, w nocy pójdzie na autobus przez las, a
Ola przypilnuje dziecka. Tu kobiety zżywają się w pary.
Organizują się jakby instynktownie.
To była wielka miłość
Jest sobota. Na korytarzu gwar dzieci miesza się z głośno
nastawionym radiem, a zapach prania, które matki wieszają na
rozstawionych pod ścianami suszarkach, z zapachem kuchni.
Starsze dziewczynki w świetlicy bawią się w mamę. W Bajce
nie ma zabaw w tatę.
Pokój Oli wygląda jak te z harcerskich kolonii, gdzie
wszystko trzeba zgromadzić na kilku metrach. Na łóżkach
poprzyklejanych do ścian piętrzą się pluszaki z darów, na
parapecie stoją garnki z jedzeniem. Muzykę z korytarza
zagłusza płacz sześciomiesięcznej Dominiki. 26-letnia
kobieta w dżinsach z lumpeksu, z twarzą tak samo szarą jak u
Ewy, wybiega zagotować wodę na kaszę. Kaszę dostaje z
magazynu, bo własny pokarm straciła przez to piekło. Mała
zasypia na boku z butelką opartą o poduszkę. W tym czasie
Ola sadza przy stole półtoraroczną Otylkę i pięcioletnią
Sandrę i idzie z garnkiem po "wydawkę". Wydawka to porcja,
jaką dostaje z kuchni. Obiad gotują wspólnie, ale nie ma
zbiorowej stołówki. Jedzenie we własnym pokoju daje dzieciom
poczucie domu.
Każda matka zajmuje się swoimi dziećmi. Z zewnątrz wydaje
się ludziom, że powinno się je porozsyłać do pracy, a jedna
niech pilnuje dzieciarni. Tu nie ma takich reguł. Takie
przedszkole byłoby gettem w getcie.
Na regale nie ma pamiątek z przeszłości, książek, kompletu
talerzy. Bo do Bajki ucieka się zwykle z tym, co jest pod
ręką. Ola przyszła nawet bez piżam. Zabiera się zwykle jakiś
album ze zdjęciami z wielkich uroczystości, świąt, urodzin
dzieci. W albumie Oli jest kilka fotografii mężczyzny -
siedzi przy stole, na stole kanapki ułożone w piramidkę i
kieliszki. To była wielka miłość.
Historia Oli: - Sandrę mam z kimś innym. Jak byłam w szóstym
miesiącu, powiedział, że nie dorósł, i odszedł. Matka długo
walczyła, żeby mi ją odebrać, wiedziała, że z tego są
pieniądze. Ojca Otylki i Dominiki znałam trzy miesiące,
zanim przyjechaliśmy tu z Wałbrzycha. On za pracą, ja żeby
się wyrwać z domu... Zatrudnili go na budowie, wynajęliśmy
mieszkanie. Wtedy się rozpił. I zaczął mnie bić. Ostatni raz
dostałam za 50 zł. Poczekałam, aż zaśnie, żeby wyciągnąć z
kieszeni na jedzenie dla dzieci. Gdy się obudził, bił gdzie
popadło, nagle przyłożył mi nóż do szyi i jakby się ocknął.
Wtedy wyszedł z mieszkania. Uciekłam z reklamówką półtora
miesiąca temu. Nie wiem, gdzie jest. Kilka dni temu dzwonił
z Wrocławia zapytać, czy wrócę - czasem czuć w głosie Oli
niepewność, czy dobrze zrobiła, że odeszła.
- Zrobisz za mnie korytarz? - uchyla drzwi Iwona. Po pokoju
roznosi się mdły zapach lakieru do włosów. Wystrojona,
wpisuje się do zeszytu wyjść i idzie odwiedzić męża. W
więzieniu.
Dyżurów rozpisanych w grafiku pilnuje Iza - co trzy godziny
sprzątanie korytarza, bo w zimie nanosi się z zewnątrz,
pomoc w kuchni, porz |